Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Filmowe szybkie strzały #5 - „Spencer”

Filmowe szybkie strzały #5 - „Spencer”


KRÓLOWA ŁEZ

    Zwolenniczką brytyjskiej rodziny królewskiej nie byłam tak naprawdę nigdy. A co za tym idzie: mania na księżną Dianę kompletnie mnie ominęła i nieszczególnie przez to ubolewam. Nie zmienia to faktu, że jest to zdecydowanie postać mocno zakorzeniona w popkulturze; szczególnie przez mnogość opowiadających o niej dzieł oraz dość zagadkową śmierć, do dziś budzącą wiele skrajnych opinii. Dlatego też moja spontaniczna decyzja o wyjściu do kina na Spencer poniekąd zaskoczyła również i mnie samą. Jednak gdy tylko dowiedziałam się, że w rzeczywistości nie jest to cukierkowy, przedświąteczny biopic, a gorzki, psychologiczny monodram, pomyślałam, że w sumie nie mam niczego do stracenia. I była to słuszna decyzja. Diana w wykonaniu Kristen Stewart sama mocno krytykuje wszystko, co dzieje się w grudniowe dni za murami Sandringham House. A właśnie to czyni dla mnie całokształt jeszcze lepszym. No, jednak już nie patrzmy na moje osobiste sympatie.

Spencer na szczęście okazuje się być historią o wiele głębszą, niż może się po samych zapowiedziach i zwiastunach wydawać. Nie jest pustą laurką ku czci wyidealizowanego obrazu księżnej Diany - wręcz przeciwnie; to opowieść zupełnie odmienna, aspirująca na bycie produkcją ambitną i w swej prostocie poruszającą. Pablo Lurrain ponownie stworzył bohaterkę z krwi i kości, bardzo nam bliską i ludzką. Snując fabułę trwającą zaledwie trzy grudniowe dni, reżyser zbudował wiarygodne studium postaci zmęczonej całym swoim życiem - przepełnionym rygorem i nieustanną obawą o przyszłość. Chociaż niektóre momenty zahaczają o wręcz oniryczny realizm magiczny, na pewno niejedna osoba będzie potrafiła utożsamić się z Dianą zagraną przez fenomenalną Kristen Stewart. A jest to bohaterka skromna i kompletnie do antagonistycznie przedstawionej rodziny nie pasująca. Co prawda niektóre fantasmagoryczne sceny z pojawiającą się w urojeniach Diany Anną Boleyn potrafią nieco wybić z rytmu, jednak ostatecznie okazują się być zabiegiem niewątpliwie ciekawym i dodającym niepowtarzalności cierpieniu bohaterki. 

Również warstwa wizualna stoi na najwyższym poziomie. Spencer to obraz mocno intymny i surrealistyczny, graniczący pomiędzy snem a jawą. Nie śpieszy się w swej narracji, przez co może się dla niektórych osób wydawać momentami wręcz nudny. Chociaż tak naprawdę wszystko zależy od tego, z jakim nastawieniem podejdzie się do oglądania. Jeśli ktoś pragnie filmu obyczajowego lub standardowego biopicu, raczej będzie zdecydowanie bardziej artystycznym pomysłem Pablo Lurraina zawiedziony. Całokształt bowiem często przypomina swoisty horror psychologiczny, świetnie wykorzystujący grudniową burość, a także niejednokrotnie psychodeliczną jazzową muzykę Jonny'ego Greenwooda, idealnie oddającą pogarszający się stan bohaterki. Połączenie pastelowych odcieni ze wszechobecną szarością tworzy nietypowy klimat, pozostający w pamięci widza również po seansie. Nie będę ukrywać jednak, że film wydał mi się trochę zbyt krótki i jakby urwany w połowie. Aczkolwiek z drugiej strony jak najbardziej potrafię zrozumieć, że wszystko zostało spięte w całość przy pomocy dość niejednoznacznego katharsis. Więcej dopowiadać nie trzeba było i doceniam zamysł reżysera.

Ile prawdziwej Diany jest w Dianie Lurraina? Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Co prawda na postać księżnej zaczęłam spoglądać nieco inaczej, jednak i tak podchodzę do ukazanej w Spencer historii ze sporą rezerwą. Mimo wszystko, jest to wzruszająca opowieść o miłości matki do swoich dzieci. Dodatkowo to podróż dość zgrabnie balansująca między onirycznością a trudami codziennego życia wśród ludzi, którym trudno w ogóle zaufać. Dociera ona najgłębszych zakamarków wyniszczonej i codziennie zmagającej się z nowymi trudnościami psychiki, a także stara się ukazać, do czego może doprowadzić długotrwałe przedmiotowe traktowanie. Taki obraz ludzkiej, mającej własne zmartwienia Diany jak najbardziej do mnie przemawia. Przestała być nierealnym i tworzonym przez lata symbolem, a stała się człowiekiem z krwi i kości. To naprawdę wysokojakościowe kino, któremu zdecydowanie warto dać szansę.
Filmowe szybkie strzały #4 - „Drugie życie króla”

Filmowe szybkie strzały #4 - „Drugie życie króla”


W POSZUKIWANIU SZCZĘŚCIA

        Lubię filmy nieoczywiste i nietypowe, a mój wewnętrzny mentalny hipster zawsze zachęca mnie do sięgania po pozycje nieco mniej znane oraz niedoceniane. Cóż, a bycie fanką jednego aktora w dodatku pomaga mi dostrzegać, czy obsada w ogóle jest w stanie spełnić moje (niewielkie, lecz wciąż jakieś) oczekiwania. Bo często przed seansem wiem tak naprawdę niewiele – niegdyś zaczytywałam się w opisach i oglądałam zwiastuny, a teraz wolę zdać się na łut szczęścia. Jednak dzięki temu już wiele razy trafiłam na istne perełki. Gdy nie mam większych oczekiwań, mogę podejść do danego tytułu z czystym umysłem i ocenić go tak, jak szczerze uważam.  A „Drugie życie króla” (czyli oryginalny „Arthur Newman” przetłumaczony w sposób co najmniej dziwny) było zaskoczeniem bardziej niż pozytywnym. Już od pierwszych chwil było w tej produkcji coś, co mnie do niej mocno przyciągnęło (i nie chodzi o Colina Firtha mówiącego z amerykańskim akcentem – żeby nie było). Okazało się, że ten niepozorny i przyjęty bez echa film to studium dwójki nietypowych bohaterów, tworzące w swej skromności nieco nierówno wyważony, jednak niewątpliwie intrygujący komediodramat. 

        Aczkolwiek jednocześnie potrafię dostrzec, dlaczego „Drugie życie króla” może tak wielu osobom nie przypaść do gustu. To historia w sumie bez ściśle określonej fabuły. Oderwana od rzeczywistości, a także będąca jakoby jedynie przypadkowym urywkiem z życia dwójki wypalonych i zmęczonych rzeczywistością ludzi. Bohaterowie dopiero w trakcie podróży donikąd starają się odnaleźć swoje wnętrze i własne priorytety. Są wyrzutkami, uciekającymi przed rutyną oraz dawnymi tożsamościami. Czują niezrozumienie, boją się o to, co przyniosłaby przyszłość, gdyby stanęli w miejscu i nigdzie się nie ruszyli. Dlatego też szukają alternatyw, kosztują nowych życiowych scenariuszy i jadą coraz szybciej, nawet jeśli demony przeszłości nieustannie siedzą im na ogonie… Wkradają się do domów obcych ludzi i niczym aktorzy w dwuosobowym, intymnym teatrze odgrywają w nich role zupełnie odmienne od tych, jakie mieli w swoich poprzednich wcieleniach. To niebanalny, pełen emocji spektakl, którego sceny miłosne są przedstawione w sposób taki, że już od pierwszych chwil zaczęłam uważać je za jedne z lepszych, jakie widziałam w kinematografii. Nie były widowiskowe, lecz osobiście coś mnie w ich prostocie oraz delikatności poruszyło. Chemia między Colinem Firthem i Emily Blunt ukazana była w boleśnie dobry sposób, a dodatkowo potrafiła złapać za serce, nawet jeśli tak naprawdę nawet nie była zagrana w odkrywczy i świeży sposób. Zwłaszcza, że całokształt był obrazem cichym, dyskretnym i skupionym na egzystencjalnej podróży, która mimo wszystko prowadzi tam, gdzie byśmy tego zapewne nie chcieli. Jednak po dłuższych rozważaniach naprawdę ciężko byłoby znaleźć lepsze rozwiązanie.

        Głosy na temat „Drugiego życia króla” są na tyle podzielone, że czytanie każdej z opinii pozwala dostrzec w tym filmie coś zupełnie nowego. Dla mnie była to podróż jedyna w swoim rodzaju i na pewno będę ją wspominać z niemałym sentymentem. Chociaż nie była to historia idealna, jej melancholijny i powolny klimat, a także ładne ujęcia uważam za ogromny atut. Ale pewnie dlatego, że po prostu mam słabość do amerykańskich opowieści o podróżach donikąd, zmieniających życie zagubionych w codziennej rutynie bohaterów…  Bo kto wie, co może się podczas niej wydarzyć? Na kogo może wpaść protagonista? A to chyba w tym wszystkim jest najbardziej interesujące. Jestem jak najbardziej na tak i z czystym sumieniem polecam. Nawet jeśli film sam w sobie nie stał się szczególnie popularny i raczej niewiele osób zwraca na niego uwagę.

Filmowe szybkie strzały #3 - „Samotny mężczyzna"

Filmowe szybkie strzały #3 - „Samotny mężczyzna"


CHCIAŁBYM UMRZEĆ Z MIŁOŚCI

        Jeszcze kiedyś bym się z tym być może z tym kryła, jednak teraz nie widzę sensu, by kogokolwiek oszukiwać: Colin Firth to mój ulubiony aktor i wiele filmów oglądam wyłącznie dla niego, nawet jeśli ich fabuła w pierwszej chwili mnie nie zaciekawia. Często się mimo wszystko zdarza, że produkcje te same w sobie również okazują się niezwykle satysfakcjonującą i zmysłową ucztą dla oka (i to nie tylko przez jednego aktora). „Samotny mężczyzna” co prawda nigdy nie był na mojej liście do obejrzenia, lecz zadziwiająco entuzjastyczne opinie krytyków i zdobyte przez niego nagrody (w tym również nominacja do Oscara) skłoniły mnie do rzucenia na niego wzrokiem. Przyznam, że było to doznanie intrygujące. Bardzo intymne i spokojne, lecz w tym wszystkim niewątpliwe chwytające za serce.

    Tom Ford jest projektantem mody i doskonale to w jego pierwszym dziele widać. „Samotny mężczyzna” to obraz bardzo schludny, przemyślany i stonowany, lecz właśnie w tym wyważeniu znalazł sposób na zaintrygowanie widza. Modernistyczne Los Angeles w latach 60., zdesperowany, starający się pogodzić z utraconą miłością nauczyciel uniwersytecki oraz wszechobecna szarość i oszczędność w słowach. Wszystko idealnie łączy się w uniwersalny obraz przepełniony emocjami i ogromnym bólem. Jest to studium człowieka nieustannie próbującego uciec przed trudną przeszłością, poszukując przy tym bliskości drugiego człowieka. Lecz nie zawsze jest to takie łatwe. Protagonista pragnie uciec przed życiem, chociaż nieustannie waha się przed podjęciem decyzji. Życie bowiem pełne jest zbiegów okoliczności i niefortunnych sytuacji, a Tom Ford bardzo dobrze to w swoim filmie ukazał. Filmie oszczędnym i cichym, lecz ukazującym naprawdę ważne wartości w wizualnie ładny sposób. Aktorzy również dali z siebie wszystko i to niewątpliwie widać. Lecz to w sumie nic dziwnego - „Samotny mężczyzna” to przecież opowieść o ludziach oraz ich rozterkach. Colin Firth widza wręcz hipnotyzuje i wcale nie dziwi mnie, że otrzymał za rolę George’a tyle nagród i nominacji. A na dokładkę – gorzkie, ironiczne zakończenie. Zdradzać go nie będę, lecz napomknę, że idealnie domyka całokształt historii i ukazuje, że los potrafi z nas porządnie zadrwić.

      Debiut reżyserski Toma Forda wspominać będę bardzo dobrze, bo jest to nie lada kino. Być może fabularnie nawiązujące do znanych już schematów, a także nie aż tak skomplikowane, lecz właśnie w tej estetycznej prostocie poruszające i przyciągające. Na pewno wielu z nas będzie się mogło z ukazaną historią utożsamić. Bo pomimo wielu różnic – wszystko opowiada przecież o człowieku zwyczajnie tęskniącym za bliskością innych ludzi, a także borykającym się z demonami przeszłości. Jak najbardziej polecam, chociaż jest to doznanie raczej wizualno-emocjonalne.
Filmowe szybkie strzały #2 -  „Diuna”

Filmowe szybkie strzały #2 - „Diuna”


PRZEROST FORMY NAD RESZTĄ

        Na samym wstępie szybko napomknę, że książkowej Diuny Franka Herberta nie znam i to było moje pierwsze pełnoprawne zetknięcie z tymże rozbudowanym światem. Estetykę co prawda kojarzyłam, ogólny zamysł również, lecz zabrakło głębszego zapoznania. Aczkolwiek postać Denisa Villeneuve wspominam dość ciepło (bo Blade Runner 2049 prędko stał się jednym z moich ulubionych filmów), dlatego też postanowiłam mu kolejny raz zaufać. Miałam nadzieję, że zostanę przez niego wprowadzona i zachęcona do dalszego eksplorowania Herbertowskiej prozy. Oczekiwań technicznych i aktorskich co do filmu nie miałam przed seansem w sumie żadnych – bo nawet nieszczególnie na tę Diunę czekałam. No, lecz postanowiłam dać jej szansę, nawet jeśli wieść o Chalamecie i Zendayi w obsadzie nieco ostudziły moją chęć seansu (po prostu coś mnie od tych aktorów odciąga). Ostatecznie ciekawość zwyciężyła i postanowiłam zobaczyć, czy to naprawdę aż takie dobre, na jakie to wszyscy malują.

        Ukrywać nie będę – Diuna to niewątpliwie przyciągający oko film i dla fanów tego typu produkcji będzie to istny majstersztyk. Pustynne widoki i stonowana kolorystyka stworzyły niepowtarzalny klimat, a muzyka wyłącznie dodawała całokształtowi epickości (chociaż z biegiem czasu stała się w swej doniosłości aż przytłaczająca. Bardzo lubię Hansa Zimmera, jednak tym razem było go aż zbyt dużo). Niestety cała reszta filmu już tak przyjemna nie była… Bohaterowie okazali się nijacy, a ich losy nie były dla widza szczególnie wciągające i angażujące. Zdawało się, jakby byli jedynie figurami bez charakteru. Kartonowymi postaciami od pchania fabuły do przodu. Rozumiem, że być może taki był zamysł (książek w końcu nie czytałam, a tam zapewne wszystko utrzymane jest w właśnie takim patetycznym tonie), lecz w rzeczywistości tak naprawdę ani trochę nie pomaga to widzowi się skupić. Oglądanie przez prawie trzy godziny zmagań obojętnych mi ludzi nie zostanie w mojej pamięci na długo – nieważne jak bardzo widowiskowe by te wydarzenia były.

        Jednak na pewno wszystko zależy od podejścia. Jeśli ktoś pragnie obejrzeć Diunę dla samych głównych aktorów i ich rozpoznawalnych nazwisk – będzie jak najbardziej usatysfakcjonowany. Poza surowym, lecz intrygującym klimatem i kilkoma lepszymi momentami ten film nie ma nic więcej do zaoferowania. Był nijaki. A szkoda. Mam nadzieję, że ten prolog to jedynie rozgrzewka przed o wiele ciekawszymi kontynuacjami. A nuż się jeszcze do tego bezpłciowego Chalameta przekonam? Nie mówię nie. Ale na pewno nie była to najlepsza obejrzana przeze w ostatnim czasie produkcja.


Filmowe szybkie strzały #1 - „Nie czas umierać"

Filmowe szybkie strzały #1 - „Nie czas umierać"


    Wiecie co jest ogromnym plusem studiowania? Częste przebywanie w większym mieście. A co za tym idzie - możliwość pójścia do kina, gdy tylko na wielkim ekranie pojawi się jakaś ciekawa premiera (no, a także o ile zajęcia na to w ogóle pozwalają). Z tego też powodu postanowiłam rozpocząć kolejną już na blogu serię. Tym razem skupiać się ona będzie w głównej mierze na filmach, by móc się dzielić swoimi opiniami bez obawy, że wypadałoby stworzyć pełną, rozbudowaną recenzję (bo moje obecne położenie niewątpliwie mi to utrudnia, nawet jeśli chciałabym, by było inaczej. Jednak jakoś trzeba się w te studia wdrążyć i przynajmniej zdać pierwszy semestr. Skoro już na nie poszłam..)
   Polecam jednak rzucić okiem na mojego Facebooka, bo tam ostatnio staram się być nieco bardziej aktywna. Zwłaszcza, że przedstawiona przeze mnie niżej opinia na temat finału Craigowskiego Jamesa Bonda pochodzi właśnie stamtąd.



FAREWELL, MISTER BOND
 

        Pełnoprawnej opinii o najnowszym Bondzie pisać nie będę, bo Nie czas umierać to było moje pierwsze prawdziwe spotkanie z postacią Agenta 007. Aczkolwiek z drugiej strony wydaje mi się, że motyw jest już na tyle w popkulturze znany, że poniekąd upoważnia mnie to do napisania o tej produkcji kilku słów. Zwłaszcza, że przed seansem zdarzyło mi się obejrzeć kilka innych mainstreamowych filmów szpiegowskich, niejednokrotnie z serii o Bondzie czerpiących (dla jasności - wspominam o Kingsmanie i Kryptonimie U.N.C.L.E). No, jednak prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy, dlatego te kilka słów o najnowszej części przygód znanego i uwielbianego szpiega będzie jak najbardziej na miejscu.

        Nie mam pojęcia, na jakim miejscu w rankingu filmów o Agencie 007 (oczywiście tym zagranym przez Daniela Craiga) postawiłabym finałowy, jednak mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to dobre kino akcji. Nawet bardziej niż dobre. Zdaje sobie sprawę ze swojej schematyczności, a także potrafi ironicznie wytknąć i sparodiować niektóre z fabularnych klisz, jednak niestety w to miejsce wchodzą kolejne, chyba już mniej intencjonalne grzeszki. Chociaż większość filmu ogląda się dobrze, a całość okazuje się zadziwiająco zgrabnie przemyślana, w którymś momencie tempo znacząco spada oraz rozpoczyna się niepotrzebny melodramatyzm. Niemniej jednak da się na to przymknąć oko, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to ostatnia część z udziałem (niewątpliwie fenomenalnego i jak zwykle czarującego) Daniela Craiga. Wiadomo - seria musiała zostać zamknięta, więc wypadałoby jakoś tego lowelasa z ciętym językiem uspokoić. Niektóre ze scen faktycznie mimowolnie złapały mnie za serce, lecz to nie wystarczyło, bym ostatecznie uznała je za szczególnie angażujące. Może problem był z kobietą, która postanowiła Bonda usidlić?
        A za kolejny (lecz tym razem mniejszy) minus uważam zrezygnowanie z Any de Armas. Scena z nią była jedną z tych, które lepiej zapamiętałam przez jej dynamikę i świetnie wyważony ładunek humorystyczny. Szkoda, że jej bohaterka to jedynie epizod, bo był potencjał na naprawdę dobrany duet.

    Ale Nie czas umierać i tak jak najbardziej wam polecam. Nie jest to wymagające kino, jednak przez swoją prostotę potrafi diabelnie wciągnąć. Chętnie sprawdzę sobie inne przygody Craigowskiego Bonda - zwłaszcza, że samoświadome filmy akcji tworzone pół żartem, pół serio prędko zyskują moją sympatię.

Druga szansa od losu, czyli „Koe no katachi"

Druga szansa od losu, czyli „Koe no katachi"




Twórca: Kyoto Animation
Reżyseria: Naoko Yamada
Długość: 130 minut
Rok premiery: 2016


O dziwo nigdy nie byłam fanką anime. Jakoś niezbyt podobał mi się ten konkretny gatunek seriali i filmów. Zdarzają się jednak wyjątki, które pozytywnie wpływają na mój odbiór japońskich animacji. Do takich wyjątków należy właśnie Kae no katachi, znane w Polsce jako Kształt twojego głosu. Był to również pierwszy pełnometrażowy film anime, jaki udało mi się obejrzeć. Żałuję, że dowiedziałam się o nim tak późno.
   Fabuła opowiada o Shouya Ishidzie, do którego klasy dołącza głucha, Nishimiya Shoko. Chłopak zaczyna się z niej śmiać i dręczyć, co kończy się tym, że dziewczyna zmienia szkołę. Przez zachowanie Ishidy jego przyjaciele przestają go lubić, a także sam staje się ofiarą żartów. Walcząc przez lata z uczuciem niezrozumienia i nieufnością, chłopak postanawia w ostateczności popełnić samobójstwo. Obiecał sobie jednak, że przed samym aktem przeprosi swoją dawną ofiarę. Gdy dochodzi do spotkania, jego życie diametralnie się zmienia.
   Anime jest dramatem, a co za tym idzie, wywołuje wiele emocji. Większość sytuacji zmusza widza do wzruszeń, na szczęście jednak jest dużo momentów, które pozwalają trochę odpocząć - nie jest to bowiem historia skupiająca się jedynie na smutku, lecz przedstawienie życia codziennego Ishidy. Najbardziej komiczna była postać Tomohiro Nagatsuki, jednego z uczniów. Jego obecność również była również jednym z czynników wpływających na charakter i zachowanie głównego bohatera.


    
     Strona audiowizualna stoi na bardzo wysokim poziomie. Piękna grafika powoduje, że całość jest wręcz ucztą dla oczu. Przepiękne są zwłaszcza ujęcia natury. Kwiaty na łące, którymi powoli porusza wiatr, pływające w rzece ryby... każde z nich było na swój sposób magiczne. Pod względem muzyki jest trochę gorzej. Niestety jedynymi utworami ze ścieżki dźwiękowej, jakie zapamiętałam są piosenka zespołu The Who, która wita nas na samym początku, a także utwór, który pojawia się przed napisami końcowymi. Nie zmienia to jednak faktu, że muzyka zawsze pasuje do sytuacji i działa korzystnie na odbiór wielu scen. Dzięki niej można wzruszyć się jeszcze bardziej.
    Pozytywnym aspektem filmu są również unikalni i interesujący bohaterowie. Choć, nie oszukujmy się, ci główni byli o wiele ciekawsi i bardziej wyraziści od drugoplanowych. Ishida podczas swojej wewnętrznej przemiany poznaje wiele osób, a także zaczyna zwracać uwagę na otaczających go dawnych znajomych. W pamięć najbardziej zapadła mi Nishimiya, zapewne dlatego, że nie zasłużyła na to, co sprawił jej w młodości Ishida i było mi jej po prostu żal, jednak w późniejszym etapie filmu polubiłam również jej prześladowcę. Obydwoje byli w takim samym stopniu ciekawi. Krótko mówiąc, każdy bohater jest  dobrze napisany i interesujący, a także posiada swój unikalny charakter i cechy.


 

    Anime porusza bardzo ważny temat, jakim jest tolerancja dla osób niepełnosprawnych. W prosty i zrozumiały sposób pokazuje, że każdy zasługuje na jednakowe traktowanie i szacunek. Niezwykle wciągająca fabuła, realistyczni i zapadający w pamięć bohaterowie, a także wspaniała grafika powodują, że oglądanie Kae no katachi jest ogromną przyjemnością. Podczas seansu w mojej głowie pojawiało się wiele myśli, a sama animacja wywołała u mnie sporo przeróżnych emocji. Na szczęście znaczna część smutniejszych momentów nie została pokazana w sposób przedramatyzowany, dzięki czemu wszystko wyglądało na coś, co mogłoby przytrafić się każdemu z nas. Jest to cudowna opowieść, która pokazuje również, że każdy zasługuje na drugą szansę, ponieważ nigdy nie jest wiadome, w jaki sposób dana osoba może ją wykorzystać.
    Sądzę, że pomimo kilku wad, które ta produkcja posiada, jest to animacja, którą powinien obejrzeć każdy fan tego typu filmów. Można z niego wyciągnąć wiele lekcji, a także przeżyć niesamowitą i wzruszającą historię. Swoją prostotą niejednokrotnie zmusza do refleksji nad życiem i codziennością, która nie zawsze bywa kolorowa i prosta. Nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z tym tytułem.
Copyright © 2014 Popkulturka Osobista , Blogger