Życie w złotej klatce, czyli ,,Niebo na uwięzi"

Życie w złotej klatce, czyli ,,Niebo na uwięzi"


     Prawdę mówiąc, nie przepadam za historiami oraz książkami opowiadającymi o wojnie. A już szczególnie nie trafię obozowych romansów, które wyrastają ostatnio wszędzie jak grzyby po deszczu. Czasem zdarzają się jednak wyjątki i nabieram ochoty na fabułę osadzoną właśnie w takich realiach. Do sięgnięcia po Niebo na uwięzi zachęcił mnie film Jojo Rabbit, którego byłam od długiego czasu niesamowicie ciekawa (dalej jestem. Mam nadzieję, że uda mi się go kiedyś obejrzeć). Choć zdawałam sobie sprawę, że obie historie się od siebie diametralnie różnią, postanowiłam najpierw poznać książkę, która zainspirowała Waititiego do stworzenia swojej oscarowej ekranizacji. Nie dostałam tego, na co przez cały czas liczyłam, aczkolwiek nie uważam, by była to książka zła. Wręcz przeciwnie, to dość intrygujące ukazanie uczucia zrodzonego z obsesji i ciągłych kłamstw. Jednak jeśli mam być szczera, całokształt nie przemówił do mnie tak, jak powinien. Najzwyczajniej w świecie miałam zupełnie inne oczekiwania.

    Johannes to chłopak dorastający w przejętym przez Trzecią Rzeszę Wiedniu. W trakcie swojej młodości dołącza do Hitlerjugend i zaczyna gorliwe interesować się działalnością Adolfa Hitlera. Popiera działania oraz poglądy nazistów, przez co po niedługim czasie staje się jednym z nich. Podczas jednego z nalotów zostaje poważnie ranny i spędza większość czasu w domu. To właśnie wtedy zaczyna dostrzegać wiele nietypowych zachowań wśród domowników. Ciekawski nastolatek postanawia samemu sprawdzić, co tak naprawdę się dzieje i przez to odkrywa ukrywaną przez jego rodziców żydowską dziewczynę. Tamto wydarzenie ma ogromny wpływ na jego dotychczasowe życie i odsłania najczarniejszą część duszy chłopaka... Zakochuje się w dziewczynie, jednak nieszkodliwa fascynacja jej osobą przemienia się w obsesję i potrzebę ciągłej kontroli oraz dominacji. Manipuluje nią, by została z nim jak najdłużej. A już najlepiej do końca życia...
     Nie ukrywam, że początek książki mnie nawet zaintrygował. Sądziłam, że będzie to historia o zakazanym, skomplikowanym ze względu na ideologie uczuciu, pokazująca zarazem umysł nazisty oraz wpływ propagandy na młodego człowieka. Cóż, choć niektóre wątki faktycznie zostały  przez autorkę poruszone, nie spodziewałam się, że "związek" Johannesa i Elsy będzie aż tak toksyczny i na dłuższą metę męczący. Ich znajomość już od samego początku nie należy do najprzyjemniejszych, a z czasem wszystko zaczyna robić się jeszcze bardziej odpychające. Jest to książka ukazująca, co pożądanie i manipulacja potrafi zrobić z człowiekiem, a także jaki wpływ mają na dalsze życie  tego typu niezdrowe relacje. Johannes zatracał się w swoim uczuciu, przez co nie dostrzegał, że jego codzienna stabilizacja powoli zaczyna się rozpadać, a Elsa (choć tego chłopak raczej celowo nie chce widzieć) nie ma ochoty, by dłużej być więźniem.

Najbardziej skrytym, najpotężniejszym darem, który ofiarowano człowiekowi, nie jest samo życie, ale zdolność przycinania go w umyśle, dopasowywania w sercu, dbania o wszystkie gałęzie, które powinny otrzymać i otrzymywały życie ze skrawków woli, wycinków duszy. To tam ukryte jest drzewo życia zaszczepione w każdym człowieku.

    Johannes to niezwykle działająca na nerwy i okropna postać. Choć jego relacja z żydowską dziewczyną była prowadzona w ten sposób celowo, nie potrafiłam znieść tego, jaką krzywdę jej i sobie przez całą książkę wyrządzał. To młodzieniec zaślepiony obsesją i szkodliwą ideologią, przetrzymujący niewinną (choć, szczerze mówiąc, równie co on denerwującą) kobietę. Niebo na uwięzi to powieść psychologiczna, jednak ani trochę nie potrafiłam znieść zachowania dwójki bohaterów, którzy na każdym kroku się wyłącznie w kółko okłamywali, kłócili, czasem również godzili. Akcja toczyła się powoli, tak więc mieli na to wszystko naprawdę wiele czasu. Portrety psychologiczne bohaterów są naprawdę ciekawie skonstruowane, jednak nie potrafiłam się do żadnej z postaci jakoś bardziej przywiązać, a ich losy były mi pod koniec książki zupełnie obojętne. Relacje zrodzone z obsesji i momentami zbliżone do syndromu sztokholmskiego to najwidoczniej nie moja bajka.
    Wspomnę jeszcze o czarnym humorze, gdyż spodziewałam się, że dość sporo go będzie. Zwłaszcza, że na okładce zostało mi to obiecane i również przez to skusiłam się  do sięgnięcia po tę książkę. Jak jednak ostatecznie to wypadło? Nie ukrywam, że raczej słabo. Jeśli chodzi o czarny humor, najwidoczniej za bardzo przyzwyczaiłam się do lekkiego oraz pełnego ironii stylu Kurta Vonneguta - autora, który poruszał tematy niejednokrotnie zbliżone do tego, co pojawiło się w historii stworzonej przez Christine Leunens. Niebo na uwięzi było jednak w tym względzie zbyt... nijakie. Męczące i niezbyt zabawne, nawet jeśli całość miała kilka dość absurdalnych momentów. Niestety, jak dla mnie był to kolejny zawód.

     Mimo wszystko, nie uważam, że jest to powieść zła. Choć potrafię wymienić wiele minusów, całokształt jest stosunkowo dobry, a historia na pewno pozostaje w pamięci na dłuższy czas. Mnie jednak osobiście do gustu bardziej przypadła filmowa wizja stworzona przez Waititiego. Książkowy Johannes okazał się zbyt wielkim zwyrodnialcem, którego nie potrafię zrozumieć i usprawiedliwić. Jako powieść psychologiczna Niebo na uwięzi spełnia swoje zadanie i pod tym względem mogę ją z czystym sumieniem polecić. W każdym innym aspekcie już tak chętna do rekomendacji nie będę... A szkoda. Potencjał był ogromny.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Christine Leunens
Ilość stron: 358
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 21.01.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Śledztwo sprzed lat, czyli ,,Kości nie kłamią" [PRZEDPREMIEROWO]

Śledztwo sprzed lat, czyli ,,Kości nie kłamią" [PRZEDPREMIEROWO]


     Zacznę od tego, iż prokurator Morgan Dane nie jest mi obca. Swego czasu miałam okazję recenzować pierwszą część opowiadającej o niej serii i przyznam, że wspominam ją dość pozytywnie. Tym razem zrobiłam niewielki przeskok i sięgnęłam od razu po trzeci tom, mając nadzieję, że odnajdę się w fabule, nie znając jej poprzedniczki. Jak się po kilku stronach okazało, na szczęście nie miałam z tym żadnego problemu. I bardzo dobrze, gdyż wizja powrotu do Scarlet Falls wydawała mi się niezwykle intrygująca. Zwłaszcza, że przy okazji odwiedziłabym wtedy znanych i polubionych przeze mnie kilka miesięcy temu bohaterów... Czy jednak ostatecznie było aż tak miło, jak się na pierwszy rzut oka zapowiadało? Cóż, najwidoczniej nie wszystkie znajomości potrafią przetrwać próbę czasu. A szkoda, bo mogło być naprawdę pięknie...

     Pewnego dnia z Grey Lake wyłowiony został samochód należący do zaginionego przed laty Victora Krugera. Partner Morgan Dane, detektyw Lance Kruger od zawsze starał się rozwiązać zagadkę tajemniczego zniknięcia swojego ojca, dlatego też to wydarzenie stanowi przełomowy moment w jego życiu. Dotychczasowy światopogląd mężczyzny oraz spojrzenie na własnego rodzica niszczy jednak jeden szczegół - w bagażniku odnaleziony zostaje szkielet kobiety. Jaki związek miał z nią Victor Kruger? Czy została ona przez niego zamordowana? Odkrycie prawdy nie należy do najprostszych, zwłaszcza, że jest w mieście osoba, która jest w stanie zrobić wszystko, by rozwiązanie zagadki nigdy nie ujrzało światła dziennego... Tymczasem Morgan stara się połączyć rodzicielstwo ze skomplikowanym śledztwem prowadzonym przez jej ukochanego.
     Naprawdę cieszyłam się, gdy zrozumiałam, że w tym tomie być może doczekam się rozwiązania wątku zaginięcia ojca Lance'a. W pierwszym tomie bardzo polubiłam młodego Krugera i przez cały czas kibicowałam mu, gdy poszukiwał odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Mój zapał niestety jednak minął dość szybko... Niestety tym razem wątek romantyczny oraz obyczajowy zdecydowanie spowalnia akcję, która zresztą sama w sobie nie należy do zbyt szybkich. Choć bardzo lubię powolne oraz spokojnie rozwijające się fabuły, tym razem coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Klimat najzwyczajniej w świecie był nijaki, a główna zbrodnia zaczęła wywoływać emocje dopiero zaraz pod koniec książki. Perypetie Morgan oraz jej dzieci być może były urocze, jednak nie wnosiły niczego nowego do historii.

- Kocham cię. Serce i duszę. Ciało i ducha. Może to głupi frazes, ale naprawdę czuję, że mnie dopełniasz.

      Postacie to najsilniejsza część książki. Choć momentami wciąż czułam, że ich problemy są odrobinę przerysowane i nierealne, nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo. Z całego serca im kibicowałam i miałam nadzieję, że wszystko potoczy się w ich życiach dobrze. Poruszał mnie martwiący się o swoją chorą matkę Lance, a także opiekujący się wszystkimi detektyw Sharp. Każdy z bohaterów ma swój własny, być może aż nazbyt wielki, bagaż emocjonalny, z którym musi sobie na każdym kroku radzić. Kości nie kłamią to  pełen zagadek kryminał, jednak protagoniści dodają historii odrobinę domowego ciepła. Książka jest zadziwiająco lekka, a styl autorki powoduje, że czyta się ją wręcz błyskawicznie. Klimat nie należy do najcięższych, przez co trzeci tom serii o Morgan Dane może być dość przyjemną odskocznią od bardziej wymagających historii.

    Kości nie kłamią to książka dobra, w której zabrakło mi po prostu czegoś wyróżniłoby ją od innych, niezbyt ambitnych kryminałów, które czyta się głównie dla rozrywki. Jest to historia ciekawa, posiadająca wiele interesujących bohaterów, jednak najzwyczajniej w świecie nie należy do najlepszych. Moim zdaniem była ona po prostu zbyt nijaka, choć momentami faktycznie potrafiła wzruszyć i zaciekawić. Dla każdego fana lekkich historii kryminalnych połączonych z romansem i obyczajówką jest to tytuł, który warto poznać.  Scarlet Falls to naprawdę intrygujące miejsce, które skrywa w sobie jeszcze wiele innych tajemnic... Ja sama nie powiedziałam jeszcze serii nie. Naprawdę polubiłam się z tym nietypowym trio.

Wydawnictwo: Editio
Autor: Melinda Leigh
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 25.02.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Editio
Zbrodnia z przeszłości, czyli ,,Ślad" [PRZEDPREMIEROWO]

Zbrodnia z przeszłości, czyli ,,Ślad" [PRZEDPREMIEROWO]


     Bardzo lubię kryminały osadzone w polskich realiach. Głównie dlatego, że mają one ciekawy, a także (że tak to ujmę) dość swojski klimat. A już najbardziej podoba mi się, gdy historie od razu zainteresują mnie swoim pomysłem na fabułę oraz bohaterami. Nie ukrywam, że co do Śladu Przemysława Żarskiego miałam przeróżne oczekiwania, jednak szczególnie liczyłam na to, że będzie to książka intrygująca i trzymająca w napięciu, tak jak na kryminał z elementami thrillera przystało. Jak ostatecznie wyszło? Czy autor sprostał moim wewnętrznym wymaganiom? Cóż, mogę szczerze powiedzieć, że z niecierpliwością oczekuję kolejnych tomów opowiadających o Robercie Krefcie oraz jego ekipie. Bo wszystko wskazuje na to, że będzie to kolejna bardzo dobra seria kryminalna.

    Rok 1993. Studniówkowa noc. W nietypowych okolicznościach ginie Sylwia Nowicka - nastolatka, która po kłótni po kłótni z chłopakiem wraca na pieszo do domu, a następnie wręcz rozpływa się w powietrzu i nikomu nie udaje się jej odnaleźć. Teoria o porwaniu przestaje jednak od razu być uważana wiarygodną, gdy do rodziców dziewczyny dociera napisany przez nią list pożegnalny, w którym tłumaczy, że uciekła. Jak się jednak po dwudziestu pięciu latach okazało, nie wszystko jest takie proste, na jakie z początku wyglądało. W jednym z mieszkań odnaleziona zostaje kaseta VHS, na której znajduje się nagranie z morderstwa młodej dziewczyny. Nigdzie nie ma jej ciała, a ustalenie tożsamości mordercy nie należy do prostych. To własnie tą nietypową zbrodnią z przeszłości zajmuje się komisarz Robert Kreft, a także reszta jego zespołu. Starają się oni zrozumieć, dlaczego ta zbrodnia ujawniła się dopiero po tak długim czasie.
      Ślad jest tak naprawdę opowieścią o wielu przeróżnych osobach oraz ich własnych problemach. Klimat powieści jest raczej dość ciężki, jednak mnie to akurat przypadło do gustu. Nie wszystko w tym świecie jest czarno-białe, a demony przeszłości dają o sobie znać na każdym kroku. Bardzo dobrze to współgra z lekkim, pełnym dodających uroku opisów i obrazowych porównań stylem Przemysława Żarskiego. W książce nie brakuje również wątków obyczajowych, pozwalających poznać każdego z bohaterów  od zupełnie innej strony. Nie ukrywam, że mnie te epizody bardzo przypadły do gustu, ponieważ wręcz uwielbiam obserwować życie prywatne polubionych przeze mnie w książce postaci. A już szczególnie w kryminałach tego typu. Z początku być może trudno przywyknąć do obecności tak wielu bohaterów, jednak z biegiem czasu przestaje to przeszkadzać i śledzenie ich losów staje się przyjemnością. 

Głupotą nie jest popełnianie błędów, tylko uparte w nich trwanie.

      To właśnie bohaterowie są jednym z największych plusów historii. Do gustu szczególnie przypadł mi wytatuowany, zakochany w komiksach i horrorach, jednak zarazem ułożony i pozbawiony nałogów Robert Kreft, który stara się pogodzić ze stratą i traumą z czasów młodości. Prawdę mówiąc, policjant z ciężką przeszłością to jeden z moich ulubionych typów protagonistów w kryminałach, dlatego od razu skradł on moje czytelnicze serce i mam nadzieję, że w kolejnych tomach dowiem się o nim jeszcze wielu ciekawych rzeczy. Zwłaszcza, że pełne zaskakujących zwrotów akcji zakończenie pozostawia wiele miejsca do dopowiadania nowych informacji...

     Ślad to bardzo ciekawy i zgrabnie napisany kryminał, który zdecydowanie warto jest mieć w tym roku na uwadze. Każdy fan tych cięższych i poruszających wątki zahaczające o obyczajowe powinien być zadowolony z tego, co stworzył w swojej książce Przemysław Żarski. Bohaterowie są intrygujący i przemyślani, a fabuła wciąga. Być może zdarzają się wolniejsze i odrobinę nużące fragmenty, jednak i tak jest to historia w całokształcie bardzo dobra. Z całego serca polecam.

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Autor: Przemysław Żarski
Ilość stron: 512
Cena okładkowa: 36,90 zł
Premiera: 12.02.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona


Seks, alkohol i niesmak, czyli ,,365 dni"

Seks, alkohol i niesmak, czyli ,,365 dni"


     Już jakiś czas temu odkryłam u siebie nietypową przypadłość. Bardzo, bardzo rzadko pozostawiam niedokończone przez siebie książki. Jestem człowiekiem upartym i zdecydowanie wolę dać słabą ocenę, a następnie z oddechem ulgi odłożyć książkę na półkę, aniżeli poddać się tuż przed końcem. Zasady tej nie porzucam nawet wtedy, gdy czytam wybitnie złe i głupie tytuły, przy których większość najwytrwalszych czytelników zdąży już wymięknąć. Masochizm? Podejrzewam, że tak. I ani trochę się tego nie wstydzę, ponieważ robię to dlatego, byście wy nie musieli się męczyć. Taka już ze mnie altruistka.
Dobrze pamiętam, że moją erotyczną inicjacją było z wciśnięte mi do rąk siłą Pięćdziesiąt twarzy Greya, a potem... cóż, na szczęście długo nic. Do momentu, aż odezwała się ta sama osoba, która mnie do tego pełnego namiętnych scen świata wprowadziła i pożyczyła kolejną książkę. Tym razem autorstwa Blanki Lipińskiej. Nie czytam erotyków, gdyż to najzwyczajniej w świecie nie mój gatunek. Mimo wszystko, 365 dni chodziło za mną już długo i nie potrafiłam się mu oprzeć. Przecież niedługo wychodzi tak bardzo oczekiwany przez wszystkich film, a książka, przynajmniej teoretycznie, ukazuje zupełnie nowe spojrzenie na temat seksu, który pokazywany miał być bez żadnego tabu i skrępowania. Blanka Lipińska to współczesny wieszcz, zapytacie? Czy faktycznie jest to historia, która w odpowiedni sposób uwalnia i przedstawia kobiecą seksualność? Cóż, otóż nie tym razem. Choć wspomniany wcześniej Grey pozostawił w mojej nastoletniej psychice wiele śladów, drugi raz był zdecydowanie gorszy. W trakcie lektury 365 dni oddałabym wszystko, by choć na chwilę powrócić do perypetii Chistiana i Any. 

FABUŁA:

      Laura Biel, jej chłopak Martin oraz przyjaciele wyjeżdżają na wakacje na Sycylię, by świętować dwudzieste dziewiąte urodziny głównej bohaterki. Jak jednak łatwo przewidzieć, nic nie idzie zgodnie z planem. Zwłaszcza, że Laury poszukuje niejaki don Massimo Toricelli - głowa sycylijskiej rodziny mafijnej, który w krytycznym dla siebie momencie, gdy był już jedną nogą w grobie, dostrzegł w swoich snach pewną kobietę. Obiecuje sobie samemu, że za wszelką cenę ją odnajdzie i sprowadzi do siebie. Feralnego wieczoru Włoch porywa dziewczynę i daje jej  (kto by przewidział) tytułowe 365 dni, by go pokochała i się do niego przekonała. Ot, tak prezentuje się cała fabuła książki. Jest bardzo prosta i nie dzieje się w niej zbyt wiele dodatkowych rzeczy. Wszystko kręci się raczej wokół tego, jak to Laura nie potrafi zdecydować się w to, co na siebie ubrać, a Massimo zajmuje się swoimi szemranymi interesami. W pewnym momencie bohaterowie zwiedzają przeróżne miejsca we Włoszech i jest to wręcz idealny moment, by pochwalić się znajomością atrakcji i najciekawszych miejsce tegoż kraju, jednak tego w 365 dni czytelnik niestety nie uraczy. Laura idzie nurkować? Cudownie! Jest to przedstawione w dwóch zdaniach, by znalazło się więcej miejsca na łóżkowe perypetie z Czarnym! (to nie jest rasistowskie określenie, Massimo najzwyczajniej w świecie ubrany był w dzień porwania na czarno). Wycieczka do Rzymu? Oczekujecie zwiedzania miasta? Nic bardziej mylnego! Przecież każdy dobrze wie, że tam jest Koloseum i to powinno wam wystarczyć. Bo po co się rozdrabniać? O wątkach mafijnych nie będę nic wspominać, bo jednak tymi tematami niezbyt się interesowałam, lecz już na pierwszy rzut oka widać, że nie są one za bardzo rozbudowane i pojawiają się jedynie po to, by Laura i Massimo wyszli na chwilę z łóżka, odetchnęli świeżym powietrzem oraz rozprostowali nogi. No, a także wpakowali się w kolejne tarapaty, bo jednak musi się coś dziać. A najlepsze po seksie są oczywiście wybuchy, pościgi i strzelaniny w barze, bo po dramatycznym wydarzeniu może przytulić się do swojego kochanka, pocałować go, ponieść się emocjom... i wrócić do punktu wyjścia.

BOHATEROWIE:

     Płytcy, wulgarni, obleśni i odpychający. Dawno nie czytałam książki, w której miałam dość tak wielu bohaterów jednocześnie. Wszyscy działają irracjonalnie, zupełnie jakby nie potrafili przewidzieć jakichkolwiek konsekwencji swoich czynów. Nie przejmują się także podstawowymi zasadami logiki i zachowują się jak rozpieszczone dzieci.  Już nawet nie chce mi się rozdrabniać w postacie drugoplanowe, bo wszystkie z nich były równie denerwujące i odpychające. A już zwłaszcza najlepsza przyjaciółka Laury, Olga, która znana jest wyłącznie z tego, że lubi spędzać upojne noce z mężczyznami, a także ubiera się jak prostytutka (hej, czyli zupełnie tak samo jak Laura, gdy chce zdenerwować swojego porywacza! Co za wspaniała znajomość, mogą pożyczać sobie ubrania!).
Massimo Toricelli myśli tylko jednym i tylko o jednym, a jego hipokryzja już dawno przekracza wszystkie możliwe granice absurdu. To rycerz na białym koniu, który porywa kobietę, więzi ją, jednak cały czas podkreśla, że nie zrobi niczego wbrew jej woli. Szkoda tylko, że już na kolejnej stronie zaczyna się do niej dobierać, bo nie potrafi się powstrzymać. Wymarzony kochanek, racja? Jak przykro, że Czarny jest również kłamcą, który łamie dość powszechne schematy i tym razem to on postanawia zatrzymać przy sobie swoją kobietę, robiąc jej dziecko. Zdarza się i tak.
Nie myślcie jednak, że będę tutaj bronić Laury Biel, co to to nie! Naprawdę, ona i ten jakże seksowny Włoch to wręcz idealna para, która idealnie do siebie pasuje. Są na równie niskim poziomie.  Protagonistka to nimfomanka, która sama bardzo chętnie pierwsza swojemu oprawcy do łóżka. I to nawet nie miało być przedstawienie syndromu sztokholmskiego, Laura cały czas jest ukazywana jako zdrowa psychicznie i działająca w stu procentach świadomie kobieta. Bohaterka ma w tej sytuacji dość błahe problemy: martwi się tym, by na śniadanie wypić szampana, a także rozmyśla, jaką sukienkę przyniesie jej dzisiaj brat Massima, wspaniały projektant, którego jedyną cechą jest to, że lubi modę i wszyscy uważają go za geja (choć nie ukrywam, że chyba jedynie Domenico nie działał mi w tej historii na nerwy). Ah, takie życie to marzenie! Gdyby tylko przymknąć oko na gwałty, groźby, porwanie i pojawiająca się w przypadkowych momentach choroba serca...

SCENY SEKSU (KULTURA GWAŁTU)

      Naprawdę, inaczej tego nie potrafię nazwać. Blanka Lipińska w wulgarny sposób pokazała gwałt jako coś pozytywnego i  uważanego za podniecające. Laurze jedynie na początku przeszkadza to, co się dzieje, a potem na dobre o tym zapomina i nieustannie oddaje się swojemu oprawcy. Raz, bo chce tego on, drugi raz, bo ona przecież również ma swoje potrzeby, a za trzecim najzwyczajniej w świecie chce mu podziękować za nowe buty Chanel... Przeraża mnie, że książce ani razu nie pojawia się fragment, w którym zachowanie Włocha byłoby traktowane jako negatywne. Czy 365 dni naprawdę zostało napisane przez kobietę dla innych kobiet? Bo mnie osobiście chęć zostania porwaną przez kogokolwiek nie wygląda mi na zachęcający scenariusz. Laura dalej byłaby tak chętna na stosunek z porywaczem, gdyby Massimo okazał się być starym zboczeńcem? To by dopiero była interesująca historia! Choć może to ja się nie znam i po prostu marudzę...
      Już pomijając szkodliwość tego tworu, styl autorki jest bardzo prosty i nie trzeba skupiać zbyt wiele uwagi, bo fabuła kręci się wokół jednego: powtarzających się cały czas wulgarnych scen przedstawiających stosunek dwójki głównych bohaterów. Tak, wiem, że to erotyk i nie spodziewałam się niczego więcej, jednak każdy kolejny fragment to praktycznie kalka poprzedniego... Czyżby autorka robiła ze swoich czytelników osoby, które nie mają żadnych  większych wymagań? To już zdecydowanie lepiej jest poszukać sobie fanfika na Wattpadzie. Poziom będzie podobny, a może nawet i wyższy. 

       Wiecie co? Przyznam się bez bicia, że wolę Pięćdziesiąt twarzy Greya, choć są to dwie zupełnie różne historie, które łączy jedynie erotyczna otoczka i opinia najgorszych książek. Laura i Massimo są dla mnie postaciami obleśnymi i zadziwiająco głupimi, dlatego też nie mam zamiaru mieć z nimi więcej do czynienia. Choć może ciekawość kiedyś popchnie mnie do tego, by sięgnąć kiedyś po kolejne części trylogii... Ale to w swoim czasie. Na ten moment muszę się wykurować z tego, co spotkało mnie na Sycylii. A była to zdecydowanie ostra jazda bez trzymanki. Z ogromną ulgą mogę wystawić najniższą notę i odetchnąć, że mam to już za sobą. 365 dni jest nudne, paskudne, infantylnie napisane, a także odpychające. Sięgacie na własną odpowiedzialność. 

Wydawnictwo: Edipresse
Autor: Blanka Lipinśka
Ilość stron: 472
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 04.07.2018
Poznaj swoich sąsiadów, czyli ,,Ktoś, kogo znasz" [PRZEDPREMIEROWO]

Poznaj swoich sąsiadów, czyli ,,Ktoś, kogo znasz" [PRZEDPREMIEROWO]


    Od razu przyznam się, że poprzednich książek autorki nie miałam okazji przeczytać, dlatego też do historii przedstawionej w Ktoś, kogo znamy podeszłam bez jakichkolwiek większych oczekiwań. Pragnęłam wyłącznie tego, by fabuła okazała się być tak dobra, na jaką się po opisie zapowiadała, a całokształt wciągał i wywoływał wiele emocji. Nie ukrywam, że mimo wszystko moje nastawienie było raczej dość pozytywne, gdyż przez większość czasu spotykałam się z głównie z pochlebnymi opiniami na temat tejże książki oraz twórczości autorki. Jak jednak moje spotkanie wyglądało to w praktyce? Czy ja również dałam się pochłonąć przez nietypowe morderstwo w niewielkim amerykańskim miasteczku? A to już dla mnie kwestia odrobinę trudniejsza do określenia. Po zakończeniu lektury niestety muszę przyznać, że efektu WOW po niej nie uświadczyłam...

     Akcja dzieje się w oddalonym niedaleko od Nowego Jorku miasteczku Aylesford. Życie na co dzień toczy się tam zwyczajnie, a każdy z mieszkańców ma na głowie swoje własne problemy i zmartwienia. Wszystko ulega jednak zmianie, gdy pewien młody chłopak zaczyna włamywać się do domów swoich sąsiadów, a w skrzynkach kilku osób pojawiają się anonimowe listy z przeprosinami, które zostały tam dostarczone przez matkę nastolatka. Jednak nie to jest najpoważniejszym problemem, który przerwał spokój wszystkich sąsiadów... Robert Pierce zgłasza na policję zaginięcie swojej żony, a po niedługim czasie w nietypowym miejscu zostają odnalezione jej zwłoki. Kto tak naprawdę jest mordercą? Takie pytanie nieustannie zadają sobie wszyscy sąsiedzi, którzy nie mają pojęcia, komu można jeszcze w tym mieście ufać. Zwłaszcza, że każdy ma na swoim sumieniu przeróżne grzeszki, pogrążające ich jeszcze bardziej i nieustannie odsłaniające prawdziwą naturę każdego z podejrzanych. Zdrady, kłamstwa, ukrywanie demonów przeszłości... Droga do odnalezienia winnego nie jest najprostsza i wymaga od detektywów nie lada wysiłku. Zwłaszcza, że z każdym nowym faktem wszystko zaczyna robić się jeszcze bardziej zagmatwane.
     Pomimo niesamowicie intrygującego pomysłu na fabułę, całokształt książki raczej mnie nie porwał. Zdecydowanie zabrakło emocji i dreszczyku, który powinien pojawiać się przy tego typu literaturze, a sam sposób prowadzenia historii częściej mnie męczył, aniżeli intrygował. Styl autorki jest jednak niesamowicie lekki, przez co książkę czyta się niesamowicie szybko i przyjemnie, nawet jeśli sporo sytuacji i opisów jest w niej najzwyczajniej niepotrzebne i nie wnoszą niczego świeżego do historii W niektórych momentach czułam się, jakby wszystko kręciło się w kółko, a akcja nie brnęła ani trochę do przodu. A szkoda, bo potencjał był ogromny.


- A ja uważam, że to nie on. Robert nie byłby w stanie jej zamordować. Sądzę, że zrobił to ktoś inny. — Kto? — Tego nie wiem. Ktoś obcy… ktoś, kogo nie znamy.

    Przykro mi również przyznać, jednak żaden z bohaterów nie zdobył mojej szczególnej sympatii, a ich losy były mi raczej obojętne. Zdecydowana większość postaci, a już zwłaszcza męskich, wydawała mi się do sobie podobna lub wręcz identyczna. Takie same charaktery, zachowanie, dialogi... Krótko mówiąc - było nijako, nudno i bezbarwnie. Przez moment zaczynałam się nawet powoli gubić w tym, kto jest kim. Wątki były po prostu bardzo podobne i na dłuższą metę męczące. Nie podobali mi się również detektywi prowadzący sprawę. Rozumiem, że wszystko miało toczyć się wokół sąsiadów, a ich rolą było jedynie podsumowywanie zdobytych faktów, jednak zdecydowanie wolę, gdy postacie tego typu mają trochę więcej do gadania i są same w sobie o wiele bardziej rozbudowane.
   Jako plus mogę uznać zakończenie i pomysł na rozwiązanie fabuły, bo jednak nie udało mi się w stu procentach trafić na mordercę, choć było dość blisko. Jak już wspominałam, książka sama w sobie jest przemyślana bardzo dobrze, jednak jej największa wadą jest wykonanie. Bardzo mnie to smuci, bo jednak oczekiwałam ciekawego, pełnego zwrotu akcji thrillera, a dostałam zwykłego, niewiele uwagi ode mnie wymagającego średniaka.

    Reasumując powyższy wywód, Ktoś kogo znamy niestety mnie zawiodło. Było najzwyczajniej w świecie... nijakie. Choć spodobał mi się opis i piękna fioletowo-różowa okładka, to sama treść raczej nie wywołała we mnie większych emocji i będzie to książka, o której raczej dość prędko zapomnę. Potencjał został najzwyczajniej w świecie zmarnowany, choć oczywiście nie wszystko było poprowadzone źle. Styl autorki jest lekki, nawet jeśli narracja prowadzona jest w czasie teraźniejszym, a sama książka to przygoda na jeden dłuższy wieczór. Wiem, że książka na pewno znajdzie wielu swoich zwolenników i fani autorki na pewno będą zadowoleni, dlatego warto samemu odwiedzić Aylesford i przekonać się na własnej skórze, czy było warto. Moim zdaniem do dobrego thrillera zabrakło wyłącznie ciekawych bohaterów oraz adekwatnej do gatunku szybkiej, pełnej niespodzianek akcji. Zaciekawił mnie jednak finał oraz ostatnie zdania pojawiające się w epilogu. Gdyby tak była poprowadzona całość, ani trochę bym nie narzekała. A teraz po prostu muszę się w końcu nauczyć, by nie oceniać książki po okładce...

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Shari Lapena
Ilość stron: 336
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 28.01.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Współczesna antyutopia, czyli ,,Magazyn" [PRZEDPREMIEROWO]

Współczesna antyutopia, czyli ,,Magazyn" [PRZEDPREMIEROWO]


     Czy ludzkość aby na pewno zmierza swoimi decyzjami w dobrą stronę? Antyutopie za każdym razem starają się przedstawić najmroczniejsze scenariusze tego, do czego możemy sami doprowadzić. Ja ten gatunek ostatnimi czasy niesamowicie polubiłam, dlatego byłam Magazynu ciekawa i miałam co do niego spore oczekiwania. Zwłaszcza, że przed oczami wciąż miałam wizje pochodzące ze wstrząsającego i wciąż aktualnego Roku 1984 Orwella, czy też trochę bardziej współczesnej, lecz równie poruszającej Opowieści podręcznej Margaret Atwood. Rob Hart starał się jednak stworzyć historię o naszym współczesnym społeczeństwie oraz tym, jak może zakończyć się dążenie do zdominowania światowego rynku, a także technologii przez jedną, potężną firmę. Przyznam, że pomysł już od samego początku wydał mi się interesujący i nie mogłam się doczekać, aż w końcu po Magazyn sięgnę. Jak się jednak to wszystko sprawdziło w praktyce?

    Chmura to gigantyczna firma technologiczna, a zarazem sklep internetowy, który w innej, alternatywnej (i nie tak bardzo od naszych czasów oddalonej) rzeczywistości włada praktycznie całym rynkiem amerykańskim. Gibson Wells odnalazł tkwiący w dronach potencjał i zaczął używać ich jako sposób transportowania produktów kupowanych przez ludzi, dzięki czemu zyskał ogromny rozgłos i sławę. Jest to firma, do której chce należeć bardzo wiele osób. Zwłaszcza, że  zapewnia ona swoim pracownikom mieszkanie  w Centrali oraz bezpieczeństwo. A to wszystko tylko i wyłącznie za cenę lojalności, ciężkiej, monotonnej pracy, a także praktycznie całodobowej inwigilacji przy pomocy zegarków, które muszą nosić wszyscy pracownicy. Nie każdy jest jednak chętny, by uczciwie współpracować. Zinnia to szpieg, który dołącza do zespołu osób zajmujących się magazynem tylko po to, by niepostrzeżenie poznać wszystkie najczarniejsze sekrety Chmury, dzięki którym będzie można raz na zawsze zniszczyć najcenniejsze dzieło Wellsa. W wypełnieniu zadania może jej pomóc Paxton, mężczyzna pracujący w ochronie. Zwłaszcza, że on również nie jest tutaj, by okazywać swoją uległość... Zinnia ma zamiar owinąć go sobie wokół palca i wykorzystać do zdobycia potrzebnych jej informacji, jednak nie jest to zadanie tak proste, jak może się na pierwszy rzut oka wydawać.
    Styl autora jest lekki, dzięki czemu Magazyn czyta się błyskawicznie, nawet jeśli sama fabuła nie opowiada o wydarzeniach zbyt przyjemnych. Niestety niektóre fragmenty i rozdziały wydawały mi się przydługie i w większości nie wnosiły niczego nowego do historii. Wątki obyczajowe połączone z historią o zupełnie innej tematyce zazwyczaj mi nie przeszkadzają, jednak tutaj były one jednak dość powtarzalne i najzwyczajniej w świecie spowalniające akcję. Niezwykle podobały mi się jednak nawiązania do innych antyutopijnych książek, zwłaszcza klasyków. Autor pokazuje dzięki temu, że niektóre czarne wizje naszej przyszłości są coraz bliżej spełnienia, Wielki Brat nie przestaje na nas patrzeć, a ludzie tego nie dostrzegają. Albo nie chcą tego robić.

Tak to już jest z wolnością, że jest twoja, dopóki z niej nie zrezygnujesz.
       
     Nie ukrywam, że główni bohaterowie przypadli mi do gustu i śledziłam ich losy z niemałym zaciekawieniem. Szczególnie polubiłam Paxtona, który okazał się być zupełnie inny, niż się  po pierwszych rozdziałach spodziewałam. Stał się on moim faworytem, głównie dlatego, że od zawsze mam zadziwiającą słabość do mniej lub bardziej ciapowatych i uroczych postaci, zwłaszcza męskich. Wątki romantyczne w historiach tego typu raczej nie są moimi ulubionymi i zdecydowanie wolę, gdy nie stanowią całego tematu książki i są raczej urozmaiceniem pokazującym człowieczeństwo w trudnych czasach (tak jak chociażby było to u Winstona i Julii z 1984, którzy niejednokrotnie pojawiali się w mojej głowie podczas czytania Magazynu), więc relacja między protagonistami była moim zdaniem poprowadzona dobrze i momentami bardzo przyjemnie mi się ją czytało.

        Rob Hart opisuje walkę z systemem oraz pokazuje, że nie wszystko może mieć szczęśliwe zakończenie. Człowiek nieświadomie brnie w stronę autodestrukcji, nawet nie zwracając na to uwagi. Wszystko przez ignorancję i obojętność na otaczające go zmiany oraz innych, nie zawsze mających dobre zamiary, ludzi. Magazyn być może nie jest książką wybitną i zapewne nie osiągnie takiego sukcesu jak przytaczane wcześniej tytuły, jednak jest to na pewno książka, która mimo wszystko daje do myślenia i pozostawia z wieloma dotyczącymi naszych czasów pytaniami. Dla fanów niecodziennych thrillerów to pozycja, którą warto poznać, a czytelnicy lubujący się w antyutopiach  oraz dystopiach również powinni dać jej szansę - to naprawdę ciekawe, świeże spojrzenie na gatunek, pokazując zabójczy dla naszego społeczeństwa wpływ technologii i inwigilacji w codzienność. Magazyn to historia momentami przygnębiająca, jednak bardzo prawdziwa.

 Wydawnictwo: W.A.B
Autor: Rob Hart
Ilość stron: 496
Cena okładkowa: 44,99 zł
Premiera (tego wydania): 29.01.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B

Bitwy, intrygi i gra o władzę, czyli ,,Starcie królów" (edycja ilustrowana)

Bitwy, intrygi i gra o władzę, czyli ,,Starcie królów" (edycja ilustrowana)


     Pieśń Lodu i Ognia to seria, której fanom książek oraz seriali fantasy nie trzeba w żaden sposób przedstawiać. Dojrzały, rozbudowany i pełen różnorodnych bohaterów świat stworzony przez Geroge'a R.R. Martina stał się za sprawą ingerencji HBO jednym z najbardziej rozpoznawalnych (nawet przez największych laików tego gatunku). Dodatkowo jakiś czas temu w sprzedaży pojawiły się zupełnie nowe, ilustrowane edycje dwóch pierwszych tomów sagi, dzięki czemu każdy mógł odkryć lub przypomnieć sobie tę epicką historię w zupełnie ciekawszy i przyjemniejszy dla oka sposób. Nie ukrywam, że ja sama mieszkańcami Westeros zainteresowałam się dopiero przy okazji premiery ósmego sezonu serialu i żałuję, że było to spotkanie tak późne. Jednak i tak lepsze to niż nic, racja? Nowe wydanie Starcia królów to ogromna cegła, którą zamknęłam swój czytelniczy 2019 rok. Cegła, która zachwyciła mnie swoją treścią oraz pięknymi, klimatycznymi ilustracjami.

     Historia przedstawiona w drugim tomie jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń dziejących się w Grze o tron. Pojawiają się jednak wątki i bohaterowie zupełnie nowi, rozszerzający spojrzenie na wszystkie wydarzenia. Zwłaszcza, że jest co opowiadać, bo Siedem Królestw jeszcze nigdy nie było tak podzielone. Po śmierci króla rozpoczęły się przeróżne intrygi mające na celu zdobycie Żelaznego Tronu przez niegodne tego osoby, a wszelkie rycerskie i królewskie ideały zostały porzucone na rzecz bratobójczej oraz bezwzględnej walki o władzę. Nie jest to jednak jedyna rzecz, jaka zajmuje głowy wszystkich władców. Pewnego dnia z Cytadeli przylatuje biały kruk, który zapowiedział nadchodzący coraz bliżej koniec lata. A zima może okazać się o wiele niebezpieczniejszym wrogiem, niż wszystkie najlepiej uzbrojone i najliczniejsze armie znajdujące się w Siedmiu Królestwach...
   Ponownie z zainteresowaniem śledziłam losy moich ulubionych bohaterów. Nie ukrywam, że moimi faworytami stali się członkowie rodu Starków i mieszkańcy Winterfell, choć nie tylko ich wątki mnie interesowały. Jest przecież jeszcze mniej lub bardziej lubiana przez wszystkich Daenerys Targaryen, nieprzewidywalny i apatyczny Joffrey Baratheon czy też chociażby błyskotliwy Tyrion Lannister.  W ogromie bohaterów można dostać zawrotu głowy, jednak nie jest aż tak źle, jak może się wydawać. Starcie królów to wielkie i grube tomiszcze, które wciąga już od pierwszych stron i nie puszcza aż do samego końca. Każdy kolejny rozdział zachęca do czytania jeszcze bardziej, a wszystkie zwroty akcji nie pozwalają tak szybko odłożyć książki.

- Sen jest dobry. - stwierdził. - Ale książki są lepsze.

       Choć kontynuacja wydała mi się odrobinę przydługa i nie tak intrygująca jak część pierwsza, będę wspominać ją niezwykle pozytywnie. Nie brakuje w niej typowej dla Martina brutalności oraz dojrzałości, którą tak bardzo pokochali fani na całym świecie. Uroku dodaje mroczna, quasi-średniowieczna otoczka, nawiązania do eposów i ciągła niepewność, czy być może za kilka stron nasz ulubiony bohater nie straci w tej bezwzględnej politycznej potyczce życia... Wszystko to idealnie komponuje się z ilustracjami przygotowanymi do tej edycji przez Lauren K. Cannon. Styl artystki jest specyficzny, lecz niezwykle wpadający w oko Być może wielu zwróci także uwagę na fakt, że nie są one podobne do tego, co znamy z serialu, jednak mimo wszystko bardzo dobrze przedstawiają one to, co pojawia się w książkowych opisach i wprowadza odrobinę świeżości do postrzegania bohaterów stworzonych przez autora.

     Krótko mówiąc, Starcie królów to świetna, trzymająca poziom kontynuacja fenomenalnej Gry o tron. Polubiłam się z naprawdę wieloma bohaterami i uważam, że każdy z wątków był na swój sposób intrygujący oraz dobrze poprowadzony. Z pewnością będę kontynuować swoją przygodę z  epicką Pieśnią Lodu i Ognia i ogromnie cieszy mnie fakt, iż w serialu sporo wątków zostało zmienionych lub opowiedzianych po łebkach, przez co poznając powieści George'a R.R. Martina nigdy nie można być pewnym, co się jeszcze wydarzy. Książka sama w sobie trzyma ogromny poziom, a ilustrowana edycja jest nie lada gratką i pozycją obowiązkową na półce każdego fana serii. 

 Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: George R.R. Martin
Ilość stron: 1088
Cena okładkowa: 79 zł
Premiera (tego wydania): 12.11.2019


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

O życiu w kłamstwie, czyli ,,Matka noc"

O życiu w kłamstwie, czyli ,,Matka noc"

   
      Kurt Vonnegut w tegoroczne wakacje niewątpliwie skradł moje czytelnicze serce. Nie był to jednak związek krótkotrwały i jednorazowy, który z biegiem czasu pozostawił wyłącznie przyjemne wspomnienia. Zaczęłam interesować się autorem oraz jego życiorysem, a po jego książki sięgam teraz z przeróżnymi oczekiwaniami i niemałą ciekawością. Jest to pisarz, który do tej pory za każdym razem poruszał mnie swoją prostotą, lekkim stylem i ciętym językiem, dzięki którym jego dzieła wręcz połykałam w całości już po pierwszym sięgnięciu. Zysk i S-ka na nowo wydaje utwory tegoż amerykańskiego pisarza, dlatego mogą one cieszyć czytelnika również swoimi minimalistycznymi i wpadającymi w oko okładkami, które idealnie oddają treść każdej z książek. Nawiązująca swym tytułem do Fausta Goethego Matka noc to moje kolejne, trzecie już spotkanie z twórczością Vonneguta i od razu przyznam się, że będę brnąć w tą znajomość dalej.

     Howard W. Campbell jr. to człowiek, który skrywa w sobie ogrom przeróżnych osobowości. Choć urodził się w Ameryce, uważany jest przez zdecydowaną większość za zawziętego i bezwzględnego nazistę zajmującego się radiową propagandą. Mimo wszystko, w swoich płomiennych przemówieniach ukrywa zakodowane wiadomości skierowane do Amerykanów. Sam osobiście widzi w sobie apolitycznego bezpaństwowca, dla którego ważne są jedynie podstawowe życiowe wartości i jego dwuosobowe państwo. Kim jednak Campbell tak naprawdę jest? Historię swojego całego życia opowiada już jako pisarz, gdy znajduje się w więzieniu i ma być za swoje wojenne poczynania i występki osądzany przed izraelskim wymiarem sprawiedliwości. Jednak gdy tylko dociera do niego, że jego życie może po tym wszystkim trwać dalej, jako rozwiązanie sytuacji widzi wyłącznie samobójczą śmierć. Ale czy jest może dla niego inne wyjście?
    Kurt Vonnegut kolejny raz zachwycił mnie swym podejściem do życia oraz czarnym, dość gorzkim i pełnym absurdów humorem. W powieści ani na moment nie zabrakło satyry i prześmiewczego podejścia do poważnych tematów. Nie ukrywam, że z początku ciężko było mi wejść w klimat powieści (głównie dlatego, iż bardzo rzadko sięgam po książki osadzone fabularnie w czasach wojen światowych), jednak już po kilku pierwszych rozdziałach niesamowicie wciągnęłam się w historię i perypetie  nietypowego protagonisty. Sam Campbell należy do postaci dość intrygujących i zapadających w pamięć, a jego walka z całym światem niejednokrotnie potrafi wzruszyć i pokazać prawdziwą ludzką naturę. Nawet jeśli jest to przedstawione w raczej krzywym zwierciadle, a sama historia nie należy do szczególnie rozwiniętych, jeśli chodzi o ogólną psychikę bohaterów.  

Jesteśmy tym, kogo udajemy, i dlatego musimy bardzo uważać, kogo udajemy.

     Mnie historia bardzo wzruszyła, nawet jeśli swoim stylem należała do stosunkowo dość suchych i momentami wręcz drewnianych. Miała ona aczkolwiek dzięki temu swój niepowtarzalny i specyficzny urok, a całokształt ponownie pokazał mi, że Kurt Vonnegut to autor dziwaczny, lecz jedyny w swoim rodzaju. Poruszył temat bardzo trudny, jednak zrobił to z taką gracją oraz charakterystyczną dla siebie manierą, że nie potrafiłam się od Matki noc oderwać, a moje serce ponownie skradło wiele motywów oraz irracjonalnych wydarzeń i bohaterów. Za minus uważam tylko to, że była to przygoda tak krótka. Zdążyłam polubić się ze specyficznym, czasem wręcz apatycznym głównym bohaterem i zżyć się z jego podróżą przez całe, dość moralnie wątpliwe życie.

   Reasumując, Vonnegut ponownie pokazał, że jest autorem wybitnym, potrafiącym przekazać wiele ważnych wartości w prostej i pełnej niecodziennych absurdów historii. Matka noc ma niepowtarzalny klimat, a fabuła i postać Howarda W. Campbell jr. powodują, że nie można się od niej oderwać. Jest to wzruszająca opowieść o osobie, która powoli zaczęła tracić wszystko, co kochała, a także niejednokrotnie działającej wbrew sobie, choć starającej się zarazem wszystko na swój sposób zrozumieć. Zdecydowanie polecam każdemu, kto twórczość Vonneguta zna i lubi, a także tym, którzy mają ją dopiero przed sobą. To naprawdę intrygująca słodko-gorzka satyra na wojnę i otaczający nas świat.

   Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Ilość stron: 272
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 03.12.2019


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Dziewczynka inna niż wszystkie, czyli ,,Lodowy smok"

Dziewczynka inna niż wszystkie, czyli ,,Lodowy smok"


    George R.R Martin przez zdecydowanie większą cześć czytelników kojarzony jest z ogromną, epicką i pełną politycznych intryg historią stworzoną w Pieśni lodu i ognia. Autor napisał jednak wiele innych książek, które mimo wszystko i tak najczęściej osadzone są w fantastycznych klimatach i światach. Choć Lodowy smok w zamyśle skierowany jest do młodszych czytelników, nie brakuje w nim brutalności i smaczków, które zadowolą także i starszego fana. Nowe wydanie zostało  niezwykle przemyślane posiada ogrom przepięknych ilustracji, pozwalających lepiej poznać mroźny i urokliwy klimat opowieści. Jest to być może historia niezwykle krótka (samego tekstu jest niecałe sto stron!), jednak i tak postanowiłam sprawdzić, jak w praktyce wygląda inna oraz, przynajmniej w praktyce, bardziej przyjazna dzieciom twarz Martina. Zwłaszcza, że jest to jedyna tego typu książka w dorobku autora.

      Historia opowiada o Adarze - nietypowej dziewczynce mieszkającej na dzikiej, odległej Północy.  Jest to dziecko, które jako jedyne nie bawi się ze swoimi rówieśnikami, a także nie potrafi okazywać uczuć. Wszystko przez to, że urodziła się podczas jednej z największych zim i uważana jest przez otaczającą ją społeczność za przeklętą i przynoszącą pecha. Bezpieczna czuje się jedynie w towarzystwie swej rodziny, choć jej ojciec i rodzeństwo także nie potrafią zrozumieć jej prawdziwej natury. Adara jest jednak w ogromnym stopniu powiązana z Lodowym Smokiem, mitycznym stworzeniem, które każdej zimy zjawia się w jej rodzinnej wiosce. Ośmiolatka pewnego razu spotyka owe stworzenie w lesie i zaprzyjaźnia się z nim, co pozwala jej radzić sobie z osamotnieniem i odrzuceniem. W tym samym czasie Królestwo prowadzi wojnę z tajemniczym, aczkolwiek niezwykle groźnym wrogiem. Dziewczyna przez cały rok oczekuje śniegu i mrozu, gdyż jedynie w tym chłodnym okresie może być sobą i jest w stanie wykorzystywać swoje nietypowe umiejętności magiczne. Z czasem wojna staje się jednak coraz bardziej dotkliwa i Adara musi poradzić sobie z jej trudami... Na szczęście z pomocą przybywa do niej Lodowy Smok. 
     Prawdę mówiąc, niesamowicie ciężko jest mi cokolwiek o tej fabule napisać. Należy niezwykle krótkich, przez co bardzo łatwo zdradzić ją całą. Jest to historia prosta i napisana lekkim, przystępnym dla każdego językiem. Przeczytać można ją w niecały wieczór, jednak zdecydowanie warta jest tego czasu. Zwłaszcza, że pełno w niej bogatych i tworzących klimat ilustracji, obok których nie może przejść obojętnie żaden fan smoków oraz opowieści o nich. 

Lodowy smok przynosił na świat śmierć. Śmierć spokój i zimno.

     Mimo wszystko, nie potrafię określić, do kogo Lodowy Smok jest tak naprawdę skierowany. Choć w zamyśle jest to opowiastka dla dzieci, niektóre jej fragmenty mogą okazać się dla nich zbyt brutalne. Osobiście uważam, że powinna być to książka raczej dla młodego nastolatka lubiącego fantasy, aniżeli dziecka, które może wystraszyć się dość obrazowego opisu, chociażby, rannych żołnierzy. Jej język jest jednak na tyle prosty, że starsze dziecko może się przy nim nudzić... na szczęście wszystko mogą nadrobić piękne ilustracje. Pomimo kłopotliwego określania docelowej grupy wiekowej, jest to niewątpliwie historia o miłości do rodziny oraz akceptowaniu siebie, a takich wartości zawsze warto dzieci nauczać. Jedno jest pewne - ta pozycja jest zdecydowanie ogromną gratką dla wszystkich fanów twórczości George'a R.R. Martina. Dla nich jest to tytuł wręcz obowiązkowy. Dzięki niemu poznaje się autora z zupełnie innej strony, a samo wydanie przepięknie się prezentuje.

     Lodowy Smok to króciutka, jednak wartościowa, pouczająca i jakościowa opowiastka fantasy, która zadowoli każdego fana tegoż gatunku. Jej fabuła nie należy do najbardziej skomplikowanych i rozbudowanych, jednak wszystkie wady zdecydowanie nadrobi przepiękne nowe wydanie. Sama przygoda z tym tytułem nie trwa być może zbyt długo, jednak jest to lektura w sam raz na mroźne, zimowe dni. To zdecydowanie lekka, jednak wciągająca książka o poświęceniu i sile miłości. Polecam wszystkim miłośnikom twórczości George'a R.R. Martina oraz tym, którzy od czasu do czasu lubią przenieść się do pełnego magii świata... Tylko ubierzcie się ciepło!

     Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: George R.R. Martin
Ilość stron: 110
Cena okładkowa: 34,90 zł
Premiera: 19.11.2019


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Boje o królestwo, czyli ,,Wojenna korona"

Boje o królestwo, czyli ,,Wojenna korona"


    Biografie władców zawsze wydawały mi się jednym z ciekawszych aspektów historii. Choć istnieje wiele postaci, które w przeróżne sposoby potrafią zaintrygować swoimi życiorysem i osiągnięciami, do mojego osobistego grona ulubieńców należą jedynie nieliczni. Tak się jednak składa, że Elżbieta Cherezińska zdążyła już napisać kilka książek o moich faworytach, a ja nie miałam jeszcze okazji, by którąkolwiek przeczytać. Podejść było kilka, lecz jakoś zawsze zaczynało brakować czasu lub chęci... Aż do czasu wydania Wojennej korony, czwartej części serii Odrodzone królestwo. Byłam tej powieści niesamowicie ciekawa, lecz nie wiedziałam, czego mogę się w ogóle po twórczości tej autorki spodziewać. Wiedziałam wyłącznie tyle, że książka opowiada o czasach panowania Władysława Łokietka, a reszty wątków nie chciałam sobie niepotrzebnie zdradzać. Jak więc zakończyła się moja konfrontacja ze średniowieczną powieścią?

      Władysław Łokietek zdobył w końcu królewską koronę i jest gotowy, by zacząć rządzić dopiero co zjednoczonym państwem. Musi jednak poradzić sobie z wieloma przeciwnikami, a także zawrzeć niezwykle ryzykowne sojusze. Jan Luksemburski zaczyna liczyć się w Europie coraz więcej, a to wszystko dzięki wygranej bitwie. Jest on niebezpiecznym przeciwnikiem dla króla pragnącego odzyskania utraconych ziem oraz zemszczenia się za morderstwo sprzed lat. Również syn Łokietka nie jest bezpieczny, a tajemniczy wróg czyha na życie Kazimierza i nie pozwala księciu dorastać w spokoju. Czy polityczne potyczki pozwolą Władysławowi osiągnąć oczekiwany sukces? Nic niestety nie jest aż takie proste. Zwłaszcza, że swoją grę prowadzą również Krzyżacy, mający własne, niezbyt dla Polski korzystne, plany...
     Z początku ciężko było mi przywyknąć do ogromu bohaterów oraz przeróżnych, mniej lub bardziej liczących się wątków. Na szczęście z czasem wszystko zaczynało się coraz bardziej rozjaśniać - zwłaszcza, że większość wydarzeń znaleźć można w podręcznikach od historii czy też chociażby na Wikipedii! Elżbieta Cherezińska sprawnie łączy to, co już ze szkolnych lekcji dobrze znamy z fantastycznymi akcentami urozmaicającymi opowieść. Choć było ich niezbyt wiele, książkę tak czytało się bardzo dobrze, a każdy z wątków potrafił na swój sposób zaintrygować. Bardzo polubiłam większość postaci i z niemałym zaciekawieniem śledziłam wszystkie ich losy. Nawet jeśli zakończenie niektórych z nich mogłam poznać, zagłębiając się odrobinę bardziej w ich biografię... Ma to jednak swój urok! Akcja na szczęście nie toczy się wyłącznie wokół ówczesnego króla Polski, dzięki czemu czytelnik jest w stanie poznać sytuację panującą w tamtych czasach w Europie z kilku różniących się perspektyw.

Bogaty świat stworzyłeś, mój Panie. Dziękuję Ci, żeś uczynił mnie jego częścią. Nawet jeśli wyzwania, jakie przede mną stawiasz, są jak góra. Staję u jej podnóża, zadzieram głowę, nie widzę wierzchołka. Czuję lęk, ale jestem wdzięczny, że nie doświadczasz mnie pustką.

    Wojenna korona łączy przyjemne z pożytecznym i pozwala bliżej poznać ogólny zarys średniowiecznej historii naszego kraju, a także osób w nim mieszkających. Choć wiele sytuacji jest podkoloryzowanych oraz przedstawionych zupełnie inaczej, aniżeli w rzeczywistości, jest to zrozumiałe. Przecież autorka nie mogła znać dokładnych myśli wszystkich osób, racja? Pojawia się także wiele scen, które nadawały tempa i nie pozwalały się nudzić przy czytaniu. Romanse i sceny erotyczne? Są. Emocjonujące bitwy i potyczki? Też. Przez taką różnorodność zdarzały się niestety również momenty, gdzie język wydawał mi się być odrobinę zbyt współczesny i nieadekwatny do opowiadanej historii. Nie utrudniało to mimo wszystko czytania i zagłębiania się w treść książki, jednak kilkukrotnie potrafi rzucić się w oczy.

     Elżbieta Cherezińska kolejny raz stworzyła książkę, która potrafi zaintrygować i wciągnąć swoimi nietuzinkowymi bohaterami i wątkami. Jej styl pozwala poznać średniowiecze bez konieczności ciągłego sprawdzania do słownika (staje się jednak zarazem przez takie uproszczenia odrobinę nieprawdopodobny i nieprzekonujący), a także pozwala poznać biografie i ciekawostki na temat wielu historycznych postaci w formie epickiej i intrygującej powieści. Z pewnością sięgnę po kolejny tom i nie mogę się doczekać, aż poznam sposób, w jaki autorka przedstawi kolejne wydarzenia (zwłaszcza, że prawdopodobnie będzie więcej Kazimierza Wielkiego, a jego wręcz uwielbiam!). Zdecydowanie polecam wszystkim fanom historii oraz lekkiej, nienachalnej fantastyki.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Elżbieta Cherezińska
Ilość stron: 672
Cena okładkowa: 49 zł
Premiera: 29.10.2019


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Copyright © 2014 Popkulturka Osobista , Blogger