Zbrodnia z morałem, czyli ,,Szaniec"

Zbrodnia z morałem, czyli ,,Szaniec"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧


    Coraz częściej spotkać się można ze zjawiskiem zmiany pisanego przez autora gatunku z literatury obyczajowej na kryminał lub thriller „Szaniec" był obiecująco się zapowiadającym debiutem kryminalnym (autorka ma już bowiem na swoim koncie kilka książek obyczajowych), a ja nie mogłam się doczekać, aż w końcu po niego sięgnę. Szczególnie, że od dłuższego czasu nie czytałam kryminału osadzonego w polskich realiach (a ja takie książki jeszcze niedawno wręcz uwielbiałam). Jednak jak to wszystko tak naprawdę wyszło? Czy książkę Agnieszki Jeż wpiszę na listę swoich ulubionych? Przykro mi to stwierdzić, jednak raczej nie. Jest to historia dobra, jednak najzwyczajniej w świecie czegoś mi w niej zabrakło...

Tytułowy Szaniec to ekskluzywny hotel, w którym przeżyć można dość nietypowe wakacje. Każdy z uczestników turnusu zostaje odcięty od świata, a także nie wie o innych niczego poza imieniem. Jak mówi hasło reklamowe - jest to idealne miejsce, by zajrzeć w głąb siebie. Cóż, niestety nie każdy wykorzystuje tego typu sytuację, by faktycznie się odstresować i zrelaksować. W pensjonacie dochodzi do zabójstwa jednego z uczestników - księdza Daniela Hryciuka. Jest to morderstwo z morałem, gdyż zabójca pozostawia przy ciele kartkę z biblijnym cytatem. Kto tak naprawdę zabił? Jaki był motyw? Na to pytanie odpowiedzieć próbuje sierżant Wiera Jezierska i komisarz Kosoń. Wraz z przebiegiem śledztwa na jaw zaczyna wychodzić mroczna przeszłość duchownego. Co tak naprawdę skłoniło mordercę do wymierzenia kary? Nie wszystko jest takie kolorowe, na jakie wygląda, a nawet najbardziej szanowana osoba może okazać się zwyczajnym zwyrodnialcem.
       Podobało mi się to, iż autorka poruszyła dosyć ważny i w obecnych czasach coraz częściej się pojawiający temat pedofilii w kościele. Bardzo dobrze, że mówi się o tego typu sprawach, aczkolwiek wszechobecność publikacji dotyczących tej tematyki może spowodować, że ,,Szaniec" zginie pośród wielu podobnych fikcyjnych historii. (A może ja się mylę i będzie zupełnie odwrotnie?) Mimo wszystko, w książce poruszane są również inne problemy - na przykład skutki dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie. Niestety, pomimo ważnej tematyki historia nieszczególnie mnie wciągnęła. Nie odczuwałam szczególnego napięcia, bohaterowie byli mi stosunkowo obojętni, a nieco chaotyczny styl autorki niekoniecznie mnie do siebie przekonał. A szkoda, bo wszystko mogło być naprawdę bardzo dobre. 

„Do mnie należy pomsta, ja wymierzę zapłatę”

      Chociaż historia ma niewątpliwie swoje mniejsze lub większe minusy, ,,Szaniec" i tak jest bardzo dobrym debiutem kryminalnym. Zbrodnia (choć nieco sztampowa) jest przemyślana, a każdy z bohaterów ma swój unikalny charakter. Sierżant Wiera oraz komisarz Kosoń to duet nieprzewidywalny oraz ogromnie się od siebie różniący. Dzięki temu jednak bardzo dobrze się dopełniają i z przyjemnością czyta się sceny z ich udziałem. 
Akcja dzieje się  powoli, więc jeśli ktoś poszukuje historii, w której trup ściele się gęsto, a morderstwa są brutalne - lepiej sobie darować i sięgnąć po coś innego. ,,Szaniec" to książka o demonach przeszłości oraz tym, jaki wpływ ma na człowieka to, co przeżył w młodości. Nawet jeśli nie jest to najbardziej ekscytujący kryminał i thriller, warto jest dać autorce szansę.
Mnie osobiście całokształt podobał się raczej średnio (ze względu na momentami dość chaotyczny styl autorki oraz przewidywalną fabułę), jednak nie zmienia to faktu, że i tak książkę polecam. Życzę Agnieszce Jeż jak najlepiej i jestem pewna, że jej kolejne kryminały będą jeszcze lepsze. ,,Szańca" nie odradzam, ani też jakoś szczególnie nie polecam. To przyjemna książka z nieco cięższym, kontrowersyjnym motywem.


Wydawnictwo: Burda Książki
Autor: Agnieszka Jeż
Ilość stron: 384
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera (tego wydania): 02.09.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Burda Książki



Opowieść o wielkich mózgach, czyli ,,Galapagos"

Opowieść o wielkich mózgach, czyli ,,Galapagos"


     ✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧
  
      Choć Galapagos być może nie jest szczególnie rozpoznawalną książką Vonneguta, mnie to jak zwykle w żaden sposób nie powstrzymało przed sięgnięciem po nią. Autor ten już od dawna jest moim niewątpliwym faworytem i (przynajmniej do tej pory) każda jego powieść zawsze wywołuje u mnie uśmiech i poprawia humor, nawet jeśli porusza ciężką tematykę. Jednak czy tym razem było podobnie? Czy podróż na pokładzie statku "Bahia de Darwin" wspominać będę równie ciepło, co inne przygody przeżyte z bohaterami innych  książek Vonneguta? Podejrzewam, że tak. Galapagos być może nie zachwyciło mnie w ten sam sposób, co chociażby Syreny z Tytana lub Matka noc, aczkolwiek i tak uważam ją za naprawdę wartościową.  Co jednak niestety niekoniecznie wypaliło?

Było tak:
Czytelnik wybiera się wraz z duchem syna znanego autora powieści science-fiction w szaloną,  trwającą aż milion lat podróż. Narratorem i naszym przewodnikiem jest Leon Trout, który zmarł podczas budowy statku wycieczkowego "Bahia de Darwin". Jest świadkiem naprawdę wielu szalonych wydarzeń, a także dokonuje obserwacji na temat ewolucji i zachowań człowieka. Bohaterów książki jest naprawdę wielu, jednak łączy ich jedno - są uczestnikami "Przyrodniczej Wyprawy Stulecia", która raz na zawsze odmieni ich życie. Statek wycieczkowy, na którym udali się na wyspy z archipelagu Galapagos stał się zupełnie nową Arką, a oni wszyscy Adamami i Ewami, od których zależeć będzie przyszłość całego gatunku. Tajemniczy wirus bezpłodności zaatakował ludzkość i tylko tej nietypowej grupie osób z zupełnie rożnych światów udało się go uniknąć. Jak więc potoczy się ich niesamowita, dosyć długa przygoda?
      Nie ma co ukrywać, że nie jest to książka najprostsza i najprzyjemniejsza w odbiorze, nawet jeśli Vonnegut ponownie chwali się lekkością swojego pióra oraz niezbyt skomplikowanym stylem. Nie zmienia to jednak faktu, iż bohaterów jest wielu, a wydarzenia nie są poukładane chronologicznie, przez co niejednokrotnie można się we wszystkim pogubić. Mimo wszystko, nie jest to coś nowego w twórczości Vonneguta. Każdy jego fan powinien doskonale wiedzieć o tym, iż ten autor uwielbia bawić się treścią oraz słowem, a mieszanie w głowie czytelnika nie jest dla niego czymś nowym. Galapagos nie jest jednak książką, od której warto zaczynać swoją przygodę z dziełami tegoż amerykańskiego pisarza. Chociaż po pewnym czasie zaczyna robić się przejrzysta i łatwiejsza w odbiorze, można się przez te wszystkie dziwactwa zrazić. Szczególnie, że jest ich dosyć sporo...


- Chłopcze - powiedział ojciec - pochodzisz z długiej linii stanowczych, zaradnych mikroskopijnych kijanek, z których każda wygrała swój wyścig.


      Głównym tematem książki jest jednak ironiczne przedstawienie teorii głoszonych przez Karola Darwina, a także rozważania co do teorii ewolucji. Vonnegut podchodzi do ludzkiego gatunku dość krytycznie i przedstawia wszystkie mankamenty naszych wielkich mózgów. Fakt, iż jest to opowiastka z elementami science-fiction pozwala na naprawdę wiele swobody i kreatywnego wykorzystania miejsca i czasu akcji. Co jakiś czas pojawiają się ciekawe cytaty wybitnych ludzi, które są opowiadane przez znajdującego się na statku robota. Jest to naprawdę ciekawe urozmaicenie i dodaje całej historii wiele uroku.
 Ludzie z retrospekcji na retrospekcję coraz bardziej się zmieniają, a opowieść przedstawia kruchość i niedoskonałość ludzkiej egzystencji. Ukazuje absurdy oraz wpływ niektórych wydarzeń na naszą codzienność. Wszystko jest utrzymane w (jak to już u tego autora bywa) słodko-gorzkim klimacie, jednocześnie bawiącym, a także zmuszającym do refleksji i przemyśleń nad tym, co dzieje się w naszym codziennym życiu. Zwłaszcza, że po ponad trzydziestu latach powieść ani trochę się nie zestarzała...

   Galapagos jest historią niewątpliwie intrygującą, aczkolwiek niestety nieco cięższą od poprzednich książek Kurta Vonneguta. Gdy już się jednak uda przywyknąć do ogromu bohaterów oraz nieco poplątanej chronologii, historia jest naprawdę poruszająca oraz dająca do myślenia. Polecam tę książkę mimo wszystko osobom, które miały z twórczością autora do czynienia. Jest to historia nieco zawiła, dlatego też wiele osób może się zniechęcić do innych tytułów Vonneguta.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Dariusz Józefowicz
Ilość stron: 400
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 14.07.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

O uczuciu pokonującym traumę (przynajmniej w teorii), czyli ,,Wdech"

O uczuciu pokonującym traumę (przynajmniej w teorii), czyli ,,Wdech"




        Na książki osób związanych z Wattpadem zawsze patrzyłam z pewną zazdrością. Niegdyś sama pragnęłam, by moje wypociny i średniej jakości fanfiki z gier i Harry'ego Pottera zostały zauważone, docenione i być może nawet po jakimś czasie wydane... Ale nawet na początku mojej (dość krótkiej zresztą) przygody z pisaniem, dostrzegłam, że na tej pełnej przeróżnych opowieści stronie, zdecydowana większość publikowanych tekstów do wysokojakościowych nie należy. Dlatego właśnie postanowiłam więcej tej strony nie zaśmiecać i zajęłam się czymś zupełnie innym (również niepotrzebnie zaśmiecającym Internet). Mimo wszystko, zawsze byłam ciekawa, czy książki autorów znanych z Wattpada są aż tak dobre, by je wydawać. A że ciekawość to pierwszy stopień do piekła... Po lekturze Wdechu dowiedziałam się wszystkiego, co chciałam wiedzieć. Więcej sprawdzać nie będę.

        Lena zmaga się z ogromnym problemem. W dniu siedemnastych urodzin została zaatakowana przez nieznanego napastnika, przez co obecnie nie potrafi zaufać obcym i nieznajomym mężczyznom. Jakby tego było mało, nawiedzają ją też koszmary, które jedynie utrudniają jej normalne funkcjonowanie. W radzeniu sobie z problemami pomaga jej chłopak, Paweł, a także bliskie przyjaciółki. Stabilna i (teoretycznie) spokojna codzienność zmienia się, gdy pewnego dnia w życiu Leny pojawia się przystojny i tajemniczy Adam, który od razu wpada jej w oko i niespodziewanie zaczyna na nią wpadać... Młoda studentka ma przez to mętlik w głowie i nie wie, jak ma się zachować. Powoli dostrzega, że tak naprawdę nie jest w swoim obecnym związku szczęśliwa, a Paweł ma wiele wad. Czy Lena będzie w stanie zostawić swojego ukochanego dla nowo poznanego, niezbyt grzecznego, jednak na pewno potrafiącego się nią zająć mężczyzny? A może pozostanie wierna swojemu chłopakowi i powstrzyma nadciągającą coraz bliżej lawinę niefortunnych wydarzeń? Jedno jest pewne - Adam swoją obecnością niewątpliwie namiesza w obecnym, dość ułożonym życiu dziewczyny...

       Książka jest nijaka. Po prostu. Mam co do niej bardzo, bardzo mieszane uczucia i nie potrafię dostrzec wszystkich zalet, które wymieniają w swoich opiniach inni czytelnicy. Po opisie oczekiwałam książki skupiającej się w większym stopniu na psychice głównej bohaterki i jej walce z ciężką przeszłością, a ostatecznie dostałam romans z typowym trójkątem miłosnym oraz delikatnym zabarwieniem erotycznym (co nieszczególnie mi się w tym wszystkim podobało). Ten sam opis zwiastował również, że tajemniczy Adam będzie prawnikiem, a po przeczytaniu całej książki w ogóle nie odczułam, że tak było. Czyżbym czytała inną książkę, a ten prawnik mi się jedynie przyśnił? Tego nie potrafię zrozumieć.

Styl autorki niewątpliwie jest przyjemny, jednak w moim odczuciu było w nim zbyt wiele potocyzmów, co spowodowało, że nie wszystkie fragmenty dobrze mi się czytało. A już zwłaszcza te, gdzie przyjaciółki były razem. Ich potyczki słowne były po prostu dziecinne i czasami nie potrafiłam się zmusić, by brnąć dalej. A szkoda, bo był ogromny potencjał na coś ciekawszego. Zwłaszcza, że Kamila Mikołajczyk ma talent do tworzenia lekkich, przyjemnych do czytania historii.

       Bohaterowie byli niesamowicie irytujący i większą sympatią nie obdarzyłam żadnego z nich. Lena zadziwiała mnie swoimi dziwnymi wyborami i fochami (a także traumą, która pojawiała się i znikała w przypadkowych momentach, zależnie od potrzeb fabuły), Paweł to seksoholik, którego jedyną cechą charakteru jest miłość do siłowni oraz swojej dziewczyny, a Adam był najzwyczajniej w świecie nijaki, choć na pewno w całym zestawie postaci był najciekawiej skonstruowany i zaplanowany. Niestety jego relacja z Leną też była wyjątkowo nieangażująca i trudno było poczuć jakąkolwiek głębszą chemię. A przecież na tym opiera się całokształt historii?

      Krótko mówiąc, raczej nie sięgnę po następne części trylogii. Wdech pokazał, czego mogę się po trylogii spodziewać i niekoniecznie mnie ta wizja zachęca. Jest to książka z dobrym pomysłem, jednak o wiele gorszym wykonaniem. Autorka ma lekki styl, dzięki czemu historię czyta się dość przyjemnie, jednak co to za radość z zagłębiania się w lekturę, skoro bohaterowie są denerwujący, a fabuła niezbyt wciągająca? Jeśli jednak ktoś lubi niewymagające historie miłosne, Wdech może się okazać bardzo dobrym wyborem. Ja nie odradzam, jednak też szczególnie nie polecam.

Wydawnictwo: Editio
Autor: Kamila Mikołajczyk
Ilość stron: 280
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 06.05.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Editio
Ciemna strona Katowic, czyli ,,Chemik"

Ciemna strona Katowic, czyli ,,Chemik"




         Jak już niejednokrotnie wspominałam, lubię sięgać po debiuty, gdyż zawsze jestem ciekawa nowych autorów. Właśnie takim debiutem była zeszłoroczna Wina, którą wspominam dość dobrze i pamiętam, że oceniłam ją zadziwiająco pozytywnie. To właśnie takie pozytywne wspomnienia spowodowały, że gdy tylko dostrzegłam informację o nadchodzącej kontynuacji, nie powstrzymywałam się przed sięgnięciem po nią ani przez moment. Niestety po kilku pierwszych stronach okazało się, że mój zapał zniknął równie szybko, jak się pojawił... Wygląda na to, że mój gust czytelniczy zdążył się w ciągu kilku miesięcy bardzo zmienić. A może po prostu dostrzegłam błędy, które przy Winie mi jakoś umknęły? Możliwości jest naprawdę sporo, jednak niestety muszę przyznać, że Chemik na pewno nie będzie moim tegorocznym książkowym ulubieńcem. Nie był zły, jednak zabrakło mi w nim czegoś więcej...

       Akcja książki dzieje się w Katowicach, gdzie pewnego wieczoru życie odbiera sobie młody i utalentowany student chemii. Jednak czy aby na pewno było to samobójstwo? Krążą opinie, że chłopak tak naprawdę nie wypadł z balkonu, a został z niego zepchnięty... Sprawą zajmuje się komisarz Sabina Trzmiel oraz jej nowy partner, Andrzej Świerczewski. Kobieta musi również pogodzić pracę z walką z samotną i ciężką codziennością. Jak jej to wyjdzie?
Policjanci podczas poszukiwania odpowiedzi muszą zajrzeć głęboko w trudną przeszłość chłopaka, a także zbliżyć się do środowiska śląskich dilerów oraz... polityków. Sprawa nie jest tak prosta, na jaką na pierwszy rzut oka wygląda, a dotarcie do prawdy okaże się dość trudnym zadaniem. Co tak naprawdę wydarzyło się tej nieszczęśliwej nocy?
         Coś mi niestety w tym wszystko nie pasowało i nie potrafiłam się w tę historię wciągnąć. Podobnie jak w poprzedniej części, styl autora jest lekki i prosty, dzięki czemu książkę czyta się bardzo szybko. Niestety znów wydawał mi się przez to momentami aż nazbyt nijaki. Refleksje i dialogi bohaterów nie należały do szczególnie intrygujących, przez co ciężko było mi wczuć się w ich sytuację. Mimo wszystko, muszę przyznać, że sprawa sama w sobie była o wiele ciekawsza, niż ta przedstawiona w poprzedniej części. Fragmenty dotyczące środowiska dilerów były dość ciekawe, a odkrywanie tajemnic z przeszłości zmarłego studenta niejednokrotnie przywracało mi wiarę w to, że ta książka jeszcze będzie dobra.

Decyzje zostały podjęte. Nie ma powrotu do dawnego, beztroskiego życia.

        Szczerze mówiąc, bardzo brakowało mi Pawła Góralczyka. Zawsze miałam słabość do postaci policjantów z trudną przeszłością, dlatego brak protagonisty z poprzedniej części odrobinę mnie rozczarował. Mimo wszystko, starałam się to jakoś przetrwać i przekonać się do nowych bohaterów. Niestety nikt z przedstawionych mi osób nie wydał mi się szczególnie interesujący i była to dla mnie historia o kompletnie obojętnych mi ludziach. Czegoś mi w ich charakterze zabrakło i nawet niezbyt przyjemna codzienność Sabiny Trzmiel mnie nie zainteresowała... Komisarz była najzwyczajniej w świecie nijaka. A szkoda, bo potencjał był ogromny.
          Podobało mi się jednak zakończenie. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam i byłam pozytywnie zaskoczona, gdy wszystko zaczęło się wyjaśniać. Zamysł na fabułę przypadł mi do gustu i cieszę się, że pełen emocji finał uratował moje spojrzenie na książkę. Autor bardzo dobrze budował napięcie i stworzył niespodziewany, jednak bardzo logiczny i interesujący zwrot akcji. Wierzę, że z biegiem czasu każda kolejna historia Piotra Wójcika będzie jeszcze lepsza od poprzedniej. 

            Chemik to nie jest kryminał wybitny, jednak i tak bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Zamysł na fabułę jest intrygujący, styl lekki, a większość wad nie jest aż tak widoczna oraz przeszkadzająca w ogólnym odbiorze książki. To dość przyjemy kryminał dla każdego, kto pragnie odpocząć od nieco cięższych klimatem tytułów. Polecam wszystkim fanom mocniejszych historii osadzonych w polskich realiach.

Wydawnictwo: Dragon
Autor: Piotr Wójcik
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 34,95 zł
Premiera: 25.04.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Dragon
Życie w poczuciu winy, czyli ,,Rysio Snajper"

Życie w poczuciu winy, czyli ,,Rysio Snajper"


      Chyba nie muszę kolejny raz wspominać o mojej miłości do twórczości Kurta Vonneguta. Po jego powieści sięgam nawet w ciemno i zawsze zachwycona jestem lekkością stylu oraz dość nietypową tematyką wszystkich historii. Uwielbiam również wyłapywać nawiązania do innych jego pozycji i coraz bardziej zagłębiać się w tym nietypowym, poruszającym przeróżne tematy uniwersum. Jednak czy Rysio Snajper to historia, która faktycznie skradła moje czytelnicze serce? Już we wstępie mogę zapewnić, że moja podróż po zwariowanym świecie Vonneguta nie dobiegła jeszcze końca i nie mogę się doczekać następnych reedycji przygotowywanych przez Zysk i S-ka. Przecież to klasa sama w sobie. Tutaj w sumie mogłabym zakończyć swoją opinię, no ale jednak tak nie wypada...

    Życie dwunastoletniego Rudy'ego Waltza mieszkającego w Midland City (znanym być może niektórym ze Śniadania mistrzów) ulega diametralnej zmianie, gdy podczas zabawy bronią przypadkiem zabija ciężarną kobietę strzałem między oczy. To też właśnie w tamtym momencie młody chłopak staje się podwójnym mordercą i zyskuje swój pseudonim - Rysio Snajper. Rudy po zrozumieniu, co tak naprawdę się wydarzyło, musi nieustannie radzić sobie z wyrzutami sumienia i coraz większą obojętnością co do otaczającego go świata. Z biegiem (dość ciężkich dla niego) lat staje się  poszukującym spokoju i ucieczki od przeszłości, a także starającym się odpokutować swą winę aseksualistą, który czuje się niezrozumiany nawet przez najbliższe dla niego osoby. Jak będzie przebiegać jego podróż po zakątkach własnej i pełnej paradoksów duszy? Czy Rudy'emu uda się odnaleźć tak bardzo upragniony spokój i przebaczenie za dawne grzechy?
    Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy podczas lektury to zadziwiająco niewiele znanego mi z wcześniejszych książek Vonneguta humoru. Rysio Snajper okazał się być tak naprawdę słodko-gorzką historią o zbrodni i karze, w której uśmiech wywoływany jest raczej przez absurdalność życia głównego bohatera i jego nietypowej rodziny. Klimat stał się przez to nieco ciężki i nostalgiczny, jednak wciąż pełen Vonnegutowskiej ironii i czarnego humoru. A w tym wszystkim nie brakuje też chwili na przemyślenia dotyczące życia...

Do jeszcze nienarodzonych, do wszystkich niewinnych wiązek jednorodnej nicości: strzeżcie się życia.

       Nie jest to książka trudna w odbiorze. Styl jak zwykle jest niesamowicie lekki i przyjemny, choć swoją prostotą potrafi dotrzeć do człowieka i zmusić do autorefleksji. Vonnegut to mistrz subtelności i pod płaszczykiem żarcików oraz ironii przekazuje czytelnikowi prawdę o otaczającym świecie i ludzkiej naturze. Bo Rysio Snajper to tak naprawdę dramat o zabijającej od środka samotności i pragnieniu zmian. Lata mijają, a książki Vonneguta pozostają w takim samym stopniu poruszające i dające do myślenia... choć z pozoru głównie dla społeczeństwa znającego amerykańskie realia. Mimo wszystko, na pewno każdy z nas wyciągnie z jego książek coś dla siebie.

    Zbrodnia i kara Dostojewskiego nie przypadła mi do gustu, choć jest to książka niewątpliwie intrygująca i równie (choć podejrzewam, że nawet i bardziej) poruszająca. Wydaje mi się, że gdyby Dostojewski dodał swej powieści trochę więcej ironii i dystansu do poruszanego tematu, powstałaby historia po wieloma względami przypominająca Vonnegutowską. Może przez to przynajmniej lepiej omawiałoby mi się ją na lekcjach języka polskiego? A to już wyłącznie gdybanie... A już tak na poważnie - Rysio Snajper to świetna satyra przedstawiająca niedoskonałość i kruchość ludzkiej egzystencji. Zdecydowanie polecam, tak jak całą twórczość autora.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Ilość stron: 312
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 24.03.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Orientalne science-fiction, czyli ,,Pan światła"

Orientalne science-fiction, czyli ,,Pan światła"


      Namaste! Już na samym początku wspomnę, że z kulturą Indii nie mam praktycznie żadnego obeznania. Niby byłam raz w indyjskiej restauracji i obejrzałam Slumdoga,  ale to chyba nie jest zbyt wiele... Nie ukrywam, że głównie przez to mam niejako problem z oceną Pana światła. Z jednej strony jestem pod wrażeniem pomysłu na historię, z drugiej zaś czuję się po lekturze niesamowicie przytłoczona. Nigdy nie interesowałam się wierzeniami hinduistycznymi, dlatego wiele wątków i nawiązań na pewno umknęło mojej uwadze, przez co nie czuję się na tyle kompetentna, by rozpisywać się jakoś szczególnie. Mimo wszystko, Zelazny zdecydowanie należy do klasyków gatunku i jego książki na pewno warto poznać. Również, jakby nie patrzeć, z książką spędziłam prawie tydzień, dlatego (pomimo mojego wewnętrznego rozdarcia), podzielę się opinią. Przynajmniej na temat tego, co z całej książki udało mi się zrozumieć.

      Na skolonizowanej planecie grupa ludzi odnalazła klucz do nieśmiertelności. Rządzą oni nią teraz jako bogowie z hinduistycznego panteonu. W grupie bóstw zjawia się również ktoś, kto jest przeciwny tyranii prowadzonej przez obecną władzę... Jedni uważają go za Buddę, dla kolejnych jest on Mahasamatmanem lub Poskromicielem Demonów. Siebie każe nazywać po prostu Samem. Kto więc zwycięży w walce dwóch odmiennych poglądów? Harmonia czy zniszczenie?
     Choć zamysł niewątpliwie był dobry, wykonanie niestety okazało się niezbyt intrygujące. Początek książki był dla mnie dość trudny i bałam się, że przez niego nie przebrnę. Natłok bohaterów, nietypowy i odrobinę męczący styl oraz niewielka wiedza na temat poruszanej przez autora problematyki spowodowały, że cały mój zapał do czytania zniknął. Jestem jednak niesamowicie uparta, dlatego brnęłam dalej, coraz bardziej przyzwyczajając się do nietypowego klimatu powieści. Ostatecznie okazało się, że być może nie jest to być może książka najprzyjemniejsza, jednak na pewno nietuzinkowa. Jeszcze nie czytałam żadnego sci-fi opowiadającego o bogach pochodzących z hinduizmu! (Zapewne mam po prostu wciąż zbyt nikłe obeznanie w tym gatunku). Po zapoznaniu się z fabułą i bohaterami, historia staje się o wiele ciekawsza i przystępniejsza, choć w dalszym stopniu nietypowa.

Wyznawcy nazywali go Mahasamatmanem i powtarzali, że jest bogiem. On sam wolał jednak pomijać "Maha-" i "-Atman" i nazywał siebie Samem. Nigdy nie twierdził, że jest bogiem. Nigdy też, oczywiście, nie twierdził, że bogiem nie jest...

       Pomimo tego, że jej treść niezbyt mnie wciągnęła, na pewno będę wspominać historię z pewną nutą nostalgii. To książka na swój sposób magiczna i niewątpliwie pełna uroku, głównie przez to, iż Zelazny połączył fantasy oraz fantastykę naukową, a także motywy postapokaliptyczne. Po dodaniu akcentów religijnych, powstała historia jakby z zupełnie innego świata. Nie wiem, czy sięgnę jeszcze kiedyś po inne książki autora, jednak cieszę się, że Pana światła poznałam. W końcu na nowe czytelnicze doznania nigdy nie jest za późno!
Muszę też wspomnieć, że zakochałam się w tym przepięknym wydaniu. Zysk i S-ka znów zaserwowało czytelnikom dawkę naprawdę jakościowej klasyki! Twarda okładka, zaokrąglone kanty stron powodują, że książka prezentuje się na półce bardzo ładnie. Nie mogę się także napatrzeć na grafikę z okładki! (Michael Michera robi kawał świetnej roboty). 

    Pan światła okazał się dla mnie niewielkim rozczarowaniem, choć zarazem jakichś większych wymagać co do niego nie miałam. Historia zdawała się być odrobinę zbyt wymyślna i pełna nawiązań do rzeczy, z którymi nie miałam wcześniej do czynienia. Podziwiam jednak autora za ambitny pomysł i nietuzinkowe wykonanie. Jest o książka zmuszająca do myślenia, choć bardzo oszczędna w słowach. Dla każdego fana klasycznego science-fiction jest to tytuł obowiązkowy.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Roger Zelazny
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Ilość stron: 336
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 24.03.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

O polityce z przymrużeniem oka, czyli ,,Recydywista"

O polityce z przymrużeniem oka, czyli ,,Recydywista"


       Moje zainteresowanie twórczością Kurta Vonneguta ani na chwilę nie słabnie. Jestem ciekawa jego książek i chętnie sięgam po każdą kolejną pozycję. Jak na ten moment jeszcze ani razu się na nim poważnie nie zawiodłam i mam nadzieję, że ta dobra passa potrwa jak najdłużej. Co prawda z początku obawiałam się, że Recydywista dobije mnie swoją niezbyt zrozumiałą tematyką (bowiem o polityce Stanów Zjednoczonych i aferze Watergate wiem tyle, co nic), jednak ostatecznie okazało się, że nie było się czego bać. Kurt Vonnegut ponownie pokazał, że jego nietypowy i pełny ironii styl hipnotyzuje oraz niejednokrotnie daje do myślenia. Choć historia co prawda skupia się na pewnym motywie z historii Ameryki, całokształt okazuje się być  dość uniwersalny. Czym więc autor Rzeźni numer pięć zaskoczył czytelnika tym razem?

        Głównym bohaterem książki jest Walter F. Starbuck, ambitny, pewny siebie, jednak odrobinę za bardzo dający sobą manipulować biurokrata polskiego pochodzenia. Ukończył on Harvard i zaczął pracę w administracji w Białym Domu za czasów Nixona. Za udział w aferze Watergate trafia do więzienia i postanawia po wyjściu z niego opowiedzieć historię całego swojego (mniej lub bardziej) udanego życia. I w sumie to głównie na tym skupia się fabuła książki - na postaci Starbucka oraz osobach go w tamtych chwilach otaczających. 
    Prolog do mnie nie przemówił. Sama nie wiem dlaczego, jednak męczyłam się z nim niemiłosiernie i już zaczęłam się bać, że nie uda mi się przebrnąć przez całość. Realia amerykańskiej polityki nie są dla mnie codziennością, przez co ciężko było mi przywyknąć do niezbyt łatwego w odbiorze klimatu. Na szczęście pierwszy rozdział już od razu okazał się być jakby wyrwany z zupełnie innej książki, dlatego resztę Recydywisty czyta się niezwykle płynnie i dobrze. Pomimo moich trudności z odczytaniem większości szczegółowych nawiązań, książka jest pełna wydarzeń, które zaintrygują nawet największego laika. Jest ona dość prosta w obiorze, choć kryje w sobie o wiele głębsze przesłanie i przemyślenia. To poważna historia poruszająca tematy kapitalizmu, wiary, warstw społecznych oraz biurokracji. A wszystko w krzywym zwierciadle i z nutą ironii.

Jakież to tkliwe wspomnienia łączyłem z Sarą? Długie rozmowy o ludzkim cierpieniu i o tym, jak mu ulżyć - a potem, dla odprężenia, szczeniackie wygłupy. Oboje gromadziliśmy dowcipy. Oboje gromadziliśmy dowcipy na chwilę odprężenia. Jak maniacy, godzinami gadaliśmy przez telefon. Rozmowy te były najprzyjemniejszymi ze znanych mi narkotyków. Wyzbyliśmy się powłok cielesnych - jak swobodnie szybujące dusze z planety Vicuna. Ilekroć zapadła długa cisza, któreś z nas przerywało ją dowcipem.

       Humor Vonneguta to dla mnie zdecydowany plus jego powieści. Jest on dziwaczny, absurdalny, momentami wręcz wulgarny, jednak zawsze trafiający w punkt. Tym razem skupiał się on głównie na polityce, jednak i tak niejednokrotnie podczas lektury uśmiechałam się pod nosem. Autor nie boi się poruszania nawet najcięższych i najbardziej kontrowersyjnych tematów, dlatego właśnie tak bardzo jego historie przypadają mi do gustu i za każdym intrygują. Swojej przygody z jego książkami nie mam zamiaru jeszcze kończyć, nawet jeśli teraz trafiłam na książkę niezbyt dla mnie zrozumiałą i z początku odpychającą swą tematyką. 

    Recydywisty nie uważam za książkę wybitną. Może gdybym interesowała się poruszanymi przez Vonneguta tematami, to spojrzałabym na całokształt zupełnie inaczej... Niestety na ten moment była to mnie wyłącznie historia o człowieku wmieszanym w ciężką i dość trudną biurokratyczno-polityczną rzeczywistość. Czytałam w swoim życiu o wiele lepsze książki Kurta Vonneguta. Nie jest ona jednak na tyle zła, bym nie mogła jej polecić. Dla każdego interesującego się polityką i historią Stanów Zjednoczonych czytelnika będzie to lektura na pewno bardzo wartościowa i zrozumiała. Dla każdego innego może okazać się nieco przytłaczająca, jednak mimo wszystko niezwykle wciągająca i w swych rozważaniach aktualna.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Ilość stron: 376
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 04.02.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Podróż do niezwykłej krainy, czyli ,,Szlak pomiędzy światami"

Podróż do niezwykłej krainy, czyli ,,Szlak pomiędzy światami"


   Od czasu do czasu lubię sięgnąć po książki mniej znanych autorów, by przekonać się, czy ich niewielka sława faktycznie jest zasłużona. Za każdym razem jestem ciekawa tego, co mnie czeka, gdyż czasem zdarza się, że trafiam na naprawdę intrygujące i dobrze napisane historie. Niestety  od czasu do czasu miewam też do czynienia z książkami, które czyta się szybko i równie szybko się o nich zapomina. Jak było tym razem? Choć na pierwszy rzut oka Szlak pomiędzy światami zwiastuje interesującą opowieść fantasy, dołączy ona u mnie do drugiej kategorii. Potencjał niewątpliwie był, jednak to nie wystarczyło, by uratować moją opinię. Krótko mówiąc, przeżyłam spory zawód.

      Historia opowiada o Krainie Wyobraźni zwanej Fantamagorium, w której spotyka się kilka postaci z przeróżnych i okradzionych z potężnych artefaktów krain. Bohaterowie tworzą drużynę i wyruszają w podróż, której celem jest odzyskanie utraconych przedmiotów. Nie jest to jednak zadanie proste, gdyż w Fantamagorium może wydarzyć się wszystko, co tylko da się wyobrazić, a każda inna magia przestaje być użyteczna i możliwa do zastosowania. Jakie jeszcze przeszkody pojawią się na drodze Strażników? Czy poradzą sobie oni z nowymi i niebezpiecznymi i wrogami? Jak ta wyprawa się zakończy? To trzeba sprawdzić już samemu. Książce nie brakuje akcji, jednak całokształt jednocześnie nie należy do najdłuższych, dlatego łatwo jest wiele rzeczy zaspojlerować. Nie ukrywam też, że fabuła nie zainteresowała mnie na tyle, by się w nią jakoś szczególnie wciągać. Wielu sytuacji i bohaterów już najzwyczajniej w świecie nie pamiętam... Być może jest to odrobinę nieprofesjonalne, no ale jednak niczego już na to nie poradzę.
   Bohaterowie sami w sobie też nie byli szczególnie interesujący. A w dodatku z tego, czego się po lekturze dowiedziałam, kilku z nich pojawiało się już we wcześniejszej, debiutanckiej książce autorki. Może moja ocena byłaby inna, gdybym poznała wcześniejsze losy niektórych postaci? Zwłaszcza, że w ekipie najważniejszych bohaterów jest Eresteja z książki Eresteja, a także jej następczyni i kochanka, Syl. Choć Karolina Bartel przedstawia czytelnikowi wielu różnych Strażników, ostatecznie w ciągu niecałych dwustu stron nie udało jej się nakreślić ich na tyle dobrze, by któregoś z nich dało się lepiej poznać. Wyszedł jeden wielki miszmasz, który ostatecznie nie pozostał w mojej głowie na dłużej, niż jeden, góra dwa dni. 

Zasady Fantamagorium:
1. To, co sobie wyobrazisz, stanie się rzeczywistością.
2. To, co zabijesz, powieli się kilkakrotnie.
3. Magia traci tutaj moc.
4. Iluzje są krótkotrwałe.
5. Jest tylko jedno wejście i wyjście.

   Podobały mi się za to pojawiające się co jakiś czas pieśni i opowieści, starające się choć trochę wpłynąć na dość bezbarwny klimat historii. Nie da się jednak ukryć faktu, iż Szlak pomiędzy światami nie jest górnolotnym fantasy, mającym na celu zrewolucjonizowanie całego gatunku. Jest jednak przyjemną i napisaną prostym językiem historią dla ludzi, którzy nie mają co do fantastyki wygórowanych oczekiwań. Mogę śmiało stwierdzić, że jest skierowana do młodszego, dopiero zaczynającego swoją poważniejszą przygodę z fantasy czytelnika. Styl autorki nie należy do skomplikowanych, dlatego książkę można przeczytać w dosłownie kilka godzin.
Zdecydowanym plusem było dla mnie zakończenie, którego się nie spodziewałam. Szkoda tylko, że historia zaczęła się robić naprawdę ciekawa dopiero w epilogu...

      Jak łatwo zauważyć, mój ostateczny werdykt niestety nie należy do pozytywnych. Szlak pomiędzy światami mnie do siebie nie przekonał i wyłącznie się przy nim wynudziłam. Spodziewałam się interesującej, niezbyt długiej książki fantasy, w której poznam ciekawych i zapadających w pamięć bohaterów, a dostałam nijaką i nieskomplikowaną historię, o której łatwo zapomnieć. Mimo wszystko, ja jej wam nie odradzam. Na pewno znajdzie się wiele osób, które docenią tę książkę i będą bawić się przy niej o wiele lepiej ode mnie.

Wydawnictwo: NowoCzesne
Autor: Karolina Bartel (Avath)
Ilość stron: 202
Cena okładkowa: 24,99 zł
Premiera: 17.12.2019


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu NowoCzesnemu

Magiczna codzienność, czyli ,,Totalna magia"

Magiczna codzienność, czyli ,,Totalna magia"


     Coś czuję, że jestem jedną z niewielu osób, które przed lekturą nie obejrzały filmu z Nicole Kidman i Sandrą Bullock. Szczerze mówiąc, nie miałam nawet pojęcia, że taki film w ogóle istnieje i ma aż tylu fanów. Dodam również, że wydanych w naszym kraju wcześniej (choć oficjalnie zdecydowanie później) Zasad magii również nie miałam okazji przeczytać. Słyszałam jednak o tym tytule sporo przeróżnych opinii, dlatego też postanowiłam z ciekawości sprawdzić, czy mnie perypetie osób z rodu Owensów w ogóle zaintrygują. Przyznam, że od razu zauroczyła mnie niebiesko-złota (oraz błyszcząca!) okładka, od której nie potrafiłam oderwać wzroku. Jednak czy w środku również było tak cudownie? A z tym to już akurat mogłabym się spierać.

    Historia opowiada o Gillian i Sally, dwóch siostrach, które po śmierci rodziców zamieszkały u swoich ciotek. Nie był to jednak zwyczajny pobyt, bowiem wszystkie kobiety z rodu Owensów są wiedźmami potrafiącymi rzucać zaklęcia oraz uroki. Tak więc dzieciństwo i codzienność sióstr nie należały do najprostszych. Szczególnie, że całe miasto wiedziało o tym, iż ciotki dziewczynek specjalizują się w urokach miłosnych i nie boją się korzystać ze swoich mocy, gdy ktoś prosi je o pomoc... nawet, gdy są to dość niemoralne prośby. Gillian i Sally przez większość czasu uważane były w swojej lokalnej społeczności jako przeklęte i wielu mieszkańców z nich szydziło oraz je obrażało. W końcu dziewczyny postanowiły wyjechać i pozostawić za sobą swoją przeszłość. Jednak czy życie z czystą kartą faktycznie przyniesie im szczęście? Rozkochująca w sobie wszystkich mężczyzn Gillian wyjeżdża jako pierwsza i przez swoje zachowanie pakuje się w niezłe tarapaty, z których wyciągnąć może ją jedynie pomoc siostry, powoli układającej sobie swoje własne życie. Czy kobiety poradzą sobie z tym, co wydarzyło się w ich życiach? Jedynym wyjściem z sytuacji wydaje się jedynie magia...
     Co do książki nie miałam praktycznie żadnych oczekiwań. Chciałam jedynie, by była pełna magii oraz czarów, gdyż właśnie te elementy były kluczowe podczas wszelkich zapowiedzi. Nie ukrywam, że bardzo się w trakcie lektury zdziwiłam, ponieważ okazało się, że magii jest tam tyle, co czarny kot ciotek napłakał... A szkoda, bo mogło być naprawdę ciekawie i klimatycznie. Totalna magia to obyczajówka z kilkoma elementami fantastycznymi i dość baśniową, odrobinę infantylną otoczką. Choć porusza dużo ważnych i aktualnych tematów, ostatecznie nie potrafię patrzeć poważnie. To wszystko przez styl, jakim jest napisana. Jest on... dość nietypowy. Pełen delikatnych żarcików i bardzo ogólnikowy. Nie podobało mi się w nim chociażby to, że wątek dwójki bohaterów trwa raptem cztery strony i na tym się kończy. Jest to szczególnie dotkliwe, gdy są to bohaterowie, którzy spędzili ze sobą kilka lat...

(…) miłość to nie ćwiczenia i przygotowania, tylko czysty przypadek; jeśli z nią zwlekasz, ryzykujesz, że się ulotni, zanim w ogóle się zacznie.

      Postacie, podobnie jak całokształt techniczny książki, są niecodzienne. Nie ukrywam, że wątki sióstr już od samego początku wydawały się ciekawe, jednak do bohaterów przywiązałam się na dłużej dopiero pod koniec książki. Choć są niewątpliwie niekonwencjonalni, nie potrafiłam się z nimi zbytnio utożsamić. Miałam jednak kilku faworytów, których losy choć odrobinę mnie obchodziły. Do gustu szczególnie przypadł mi iluzjonista i namiętny kochanek Gillian, Ben, ponieważ, nie ukrywam, miałam z niego niezły ubaw i sprawiał, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech. Był po prostu tak irracjonalny i absurdalny! Jak dla mnie postać idealna - przerysowana i zabawna.
   Wracając do tematu sióstr - sądziłam, że o wiele bardziej zaangażuję się w wątek Sally. Wydawała mi się ona najzwyczajniej w świecie bliższa typowi bohaterki, który zawsze przypada mi do gustu. Niestety jednak macierzyństwo w jej wykonaniu nieszczególnie mnie zaciekawiło i równie dobrze mogłoby go w Totalnej magii w ogóle nie być.

     Tak więc nie dajcie zwieść się przepięknej i świecącej okładce, która od razu zwiastuje magiczną i niezapomnianą przygodę. Totalna magia skrywa w sobie historię obyczajową z delikatnym akcentem kryminalnym, w której magia stanowi wyłącznie tło i wyjaśnienie dla niektórych zachowań bohaterów oraz zabiegów fabularnych zastosowanych przez autorkę. Mimo wszystko, jest to książka czysto rozrywkowa i idealna na odprężenie po cięższych tytułach. Z początku nie potrafiłam się do tego świata przekonać, jednak ostatecznie nawet się wciągnęłam. Co prawda dopiero pod koniec, jednak lepiej późno niż wcale, racja? Ostatecznie uważam, że będę tę historię wspominać raczej pozytywnie, nawet jeśli nie należała do najlepszych. Ma ona swój dziwaczny urok i momentami faktycznie czuć zapach kwiatów, a także słychać rechot żab...

Wydawnictwo: Albatros
Autor: Alice Hoffman
Tłumaczenie: Danuta Górska
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 38,90 zł
Premiera: 29.01.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Albatros
Życie w złotej klatce, czyli ,,Niebo na uwięzi"

Życie w złotej klatce, czyli ,,Niebo na uwięzi"


     Prawdę mówiąc, nie przepadam za historiami oraz książkami opowiadającymi o wojnie. A już szczególnie nie trafię obozowych romansów, które wyrastają ostatnio wszędzie jak grzyby po deszczu. Czasem zdarzają się jednak wyjątki i nabieram ochoty na fabułę osadzoną właśnie w takich realiach. Do sięgnięcia po Niebo na uwięzi zachęcił mnie film Jojo Rabbit, którego byłam od długiego czasu niesamowicie ciekawa (dalej jestem. Mam nadzieję, że uda mi się go kiedyś obejrzeć). Choć zdawałam sobie sprawę, że obie historie się od siebie diametralnie różnią, postanowiłam najpierw poznać książkę, która zainspirowała Waititiego do stworzenia swojej oscarowej ekranizacji. Nie dostałam tego, na co przez cały czas liczyłam, aczkolwiek nie uważam, by była to książka zła. Wręcz przeciwnie, to dość intrygujące ukazanie uczucia zrodzonego z obsesji i ciągłych kłamstw. Jednak jeśli mam być szczera, całokształt nie przemówił do mnie tak, jak powinien. Najzwyczajniej w świecie miałam zupełnie inne oczekiwania.

    Johannes to chłopak dorastający w przejętym przez Trzecią Rzeszę Wiedniu. W trakcie swojej młodości dołącza do Hitlerjugend i zaczyna gorliwe interesować się działalnością Adolfa Hitlera. Popiera działania oraz poglądy nazistów, przez co po niedługim czasie staje się jednym z nich. Podczas jednego z nalotów zostaje poważnie ranny i spędza większość czasu w domu. To właśnie wtedy zaczyna dostrzegać wiele nietypowych zachowań wśród domowników. Ciekawski nastolatek postanawia samemu sprawdzić, co tak naprawdę się dzieje i przez to odkrywa ukrywaną przez jego rodziców żydowską dziewczynę. Tamto wydarzenie ma ogromny wpływ na jego dotychczasowe życie i odsłania najczarniejszą część duszy chłopaka... Zakochuje się w dziewczynie, jednak nieszkodliwa fascynacja jej osobą przemienia się w obsesję i potrzebę ciągłej kontroli oraz dominacji. Manipuluje nią, by została z nim jak najdłużej. A już najlepiej do końca życia...
     Nie ukrywam, że początek książki mnie nawet zaintrygował. Sądziłam, że będzie to historia o zakazanym, skomplikowanym ze względu na ideologie uczuciu, pokazująca zarazem umysł nazisty oraz wpływ propagandy na młodego człowieka. Cóż, choć niektóre wątki faktycznie zostały  przez autorkę poruszone, nie spodziewałam się, że "związek" Johannesa i Elsy będzie aż tak toksyczny i na dłuższą metę męczący. Ich znajomość już od samego początku nie należy do najprzyjemniejszych, a z czasem wszystko zaczyna robić się jeszcze bardziej odpychające. Jest to książka ukazująca, co pożądanie i manipulacja potrafi zrobić z człowiekiem, a także jaki wpływ mają na dalsze życie  tego typu niezdrowe relacje. Johannes zatracał się w swoim uczuciu, przez co nie dostrzegał, że jego codzienna stabilizacja powoli zaczyna się rozpadać, a Elsa (choć tego chłopak raczej celowo nie chce widzieć) nie ma ochoty, by dłużej być więźniem.

Najbardziej skrytym, najpotężniejszym darem, który ofiarowano człowiekowi, nie jest samo życie, ale zdolność przycinania go w umyśle, dopasowywania w sercu, dbania o wszystkie gałęzie, które powinny otrzymać i otrzymywały życie ze skrawków woli, wycinków duszy. To tam ukryte jest drzewo życia zaszczepione w każdym człowieku.

    Johannes to niezwykle działająca na nerwy i okropna postać. Choć jego relacja z żydowską dziewczyną była prowadzona w ten sposób celowo, nie potrafiłam znieść tego, jaką krzywdę jej i sobie przez całą książkę wyrządzał. To młodzieniec zaślepiony obsesją i szkodliwą ideologią, przetrzymujący niewinną (choć, szczerze mówiąc, równie co on denerwującą) kobietę. Niebo na uwięzi to powieść psychologiczna, jednak ani trochę nie potrafiłam znieść zachowania dwójki bohaterów, którzy na każdym kroku się wyłącznie w kółko okłamywali, kłócili, czasem również godzili. Akcja toczyła się powoli, tak więc mieli na to wszystko naprawdę wiele czasu. Portrety psychologiczne bohaterów są naprawdę ciekawie skonstruowane, jednak nie potrafiłam się do żadnej z postaci jakoś bardziej przywiązać, a ich losy były mi pod koniec książki zupełnie obojętne. Relacje zrodzone z obsesji i momentami zbliżone do syndromu sztokholmskiego to najwidoczniej nie moja bajka.
    Wspomnę jeszcze o czarnym humorze, gdyż spodziewałam się, że dość sporo go będzie. Zwłaszcza, że na okładce zostało mi to obiecane i również przez to skusiłam się  do sięgnięcia po tę książkę. Jak jednak ostatecznie to wypadło? Nie ukrywam, że raczej słabo. Jeśli chodzi o czarny humor, najwidoczniej za bardzo przyzwyczaiłam się do lekkiego oraz pełnego ironii stylu Kurta Vonneguta - autora, który poruszał tematy niejednokrotnie zbliżone do tego, co pojawiło się w historii stworzonej przez Christine Leunens. Niebo na uwięzi było jednak w tym względzie zbyt... nijakie. Męczące i niezbyt zabawne, nawet jeśli całość miała kilka dość absurdalnych momentów. Niestety, jak dla mnie był to kolejny zawód.

     Mimo wszystko, nie uważam, że jest to powieść zła. Choć potrafię wymienić wiele minusów, całokształt jest stosunkowo dobry, a historia na pewno pozostaje w pamięci na dłuższy czas. Mnie jednak osobiście do gustu bardziej przypadła filmowa wizja stworzona przez Waititiego. Książkowy Johannes okazał się zbyt wielkim zwyrodnialcem, którego nie potrafię zrozumieć i usprawiedliwić. Jako powieść psychologiczna Niebo na uwięzi spełnia swoje zadanie i pod tym względem mogę ją z czystym sumieniem polecić. W każdym innym aspekcie już tak chętna do rekomendacji nie będę... A szkoda. Potencjał był ogromny.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Christine Leunens
Ilość stron: 358
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 21.01.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Copyright © 2014 Popkulturka Osobista , Blogger