Nadzieja umiera ostatnia, czyli „Nie opuszczaj mnie"

Nadzieja umiera ostatnia, czyli „Nie opuszczaj mnie"



✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Lubię książki, które mnie pozytywnie zaskakują. Lubię, gdy z początku oczekuję banalnej historii, a dostaję coś zupełnie innego - głębszego i doszczętnie mnie poruszającego. Tak też było w przypadku Nie opuszczaj mnie autorstwa Kazuo Ishiguro. Chociaż doskonale wiedziałam, że mam do czynienia z noblistą (w dodatku bardzo przeze mnie lubianym - bowiem Pejzaż w kolorze sepii wspominam bardzo ciepło), nieco się tej książki obawiałam. Sądziłam, że będzie to zwyczajna obyczajówka - być może połączona z romansem - o uczniach elitarnej szkoły, ich problemach, uczuciach, rozterkach i codzienności... Jednak nic bardziej mylnego. Ishiguro stworzył nietypową dystopię, historię łączącą znaną nam rzeczywistość z dyskretną otoczką fantastycznonaukową. Cóż, a mnie tego typu zabiegi jak najbardziej odpowiadają, dlatego byłam poniekąd zadowolona z takiego niespodziewanego zwrotu akcji. Bo już na samym wstępie napomknę, że po lekturze Nie opuszczaj mnie zdecydowanie utrzymuję moje plany sięgania po inne książki brytyjskiego noblisty, a samą historię bardzo polecam. Nie ma sensu tego ukrywać. 

    Lata 90, alternatywna rzeczywistość. Kathy H., opiekunka tak zwanych dawców, wspomina swoje życie oraz edukację w Hailsham  - prywatnej szkole z internatem, od innych różniącej się tym, iż jest zupełnie odcięta od świata zewnętrznego, a jej uczniowie kształceni są głównie w sferze artystyczno-kreatywnej. Żaden z wychowanków jednak nie stara się poznać skrywanej przez nauczycieli prawdy. Nie wiedzą bowiem, że świat różni się od tego, jaki jest przedstawiany im przez dorosłych. Wszystko zmienia się, gdy tajemnica zaczyna stopniowo wychodzić na wierzch, a Kathy wraz z przyjaciółmi (Tommym i Ruth) stara się rozwiązać zagadkę nietypowej szkoły, tworząc coraz to bardziej wymyślne teorie. Bo jak wygląda świat poza szkołą? Jaka tak naprawdę jest rola uczniów z Hailsham? Właśnie to staje się dla nich sprawą priorytetową.

    Cała historia to tak naprawdę pierwszoosobowe retrospekcje z przeszłości, dopełniające wydarzenia ukazane w teraźniejszości. Nie opuszczaj mnie to opowieść snuta przez Kathy, próbującą ukazać czytelnikowi próby dotarcia do prawdy o świecie przedstawionym. Prawdy nie zawsze przyjemnej i niejednokrotnie bolesnej, aczkolwiek bardzo dla bohaterki ważnej. Pragnie się poświęcić, by zdobyć w swoim z góry zaplanowanym życiu szczęście. Niestety nie zawsze jest pewna, czy będzie w stanie tego dokonać. Nie wie, co w tym świecie jest prawdą, a co jedynie fikcją.

    Narracja jest zadziwiająco sucha, jednak nie brakuje w niej emocji i budowania nietypowego, pełnego mrocznych tajemnic klimatu. Jest to książka powolna, z początku mogąca się wydawać wręcz nudna, lecz z rozdziału na rozdział wszystko zaczyna układać się w całość, a czytelnik dostrzega, że ma do czynienia z powieścią nietypową i jedyną w swoim rodzaju. Klimat oraz przeżycia bohaterów również powodują, że w historię się wręcz wsiąka. Warto być jednak przygotowanym i otwartym na dyskretne dystopijne wątki, bo bez tego wiele rzeczy może wydać się po prostu niezbyt zrozumiałymi. Nie jest to bowiem historia łatwa i przyjemna w odbiorze. Zmusza do zwolnienia tempa i zastanowienia się nad tym, jak wygląda współczesny świat - nawet jeśli opowiada o fikcyjnej, aczkolwiek podobnej do naszej rzeczywistości. To piękna, nieśpiesząca się opowieść o przyjaźni, nadziei i pragnieniu wolności. 

    Polubiłam bohaterów, nawet jeśli nie zawsze wydawali się wyraziści. Mimo to, relacja Kathy i Tommy'ego bardzo mnie rozczuliła, nawet jeśli z początku nie była (ku mojemu zaskoczeniu) na pierwszym planie. Motyw z zaginioną kasetą i zaginionym miasteczkiem przypadł mi do gustu, a całokształt historii mocno poruszył. Zakończenie było dość gorzkie oraz niewątpliwie łamiące serce, aczkolwiek jednocześnie zadziwiająco prawdziwe. Pomimo wielkiego smutku i poczucia pustki, ukazywało pogodzenie się z losem, co czyniło je jedynie jeszcze bardziej wymownym i uniwersalnym. Wciągnęłam się w historię nietypowej młodzieży i z ogromnym zainteresowaniem śledziłam jej przemianę, dojrzewanie oraz próby życia jako zwyczajni ludzie - nawet jeśli zaczęli dostrzegać, do czego ich życie tak naprawdę zmierza. Kazuo Ishiguro stworzył niezwykłą książkę przepełnioną melancholią i spokojem. Jak dla mnie stała się ona (na ten moment) jednym z życiowych faworytów i mam nadzieję, że noblista jeszcze niejednokrotnie mnie swoją wyobraźnią i delikatną wrażliwością zaskoczy. 


Wydawnictwo: Albatros
Autor: Kazuo Ishiguro
Tłumaczenie: Andrzej Szulc
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 32,90 zł
Premiera (tego wydania): 21.10.2017
W poszukiwaniu własnej tożsamości, czyli „Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata"

W poszukiwaniu własnej tożsamości, czyli „Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Bardzo rzadko sięgam po literaturę młodzieżową. Najczęściej wydaje mi się ona po prostu płytka, mało interesująca i mijająca się z tym, czego w książkach w ogóle poszukuję. Czasem pojawiają się jednak na rynku wydawniczym historie, które czymś od razu zaintrygują i mimo wszystko postanawiam dać im szansę - już nie zważając na reprezentowany przez nie gatunek. Tak było również z Arystotelesem i Dantem. O książce co prawda słyszałam długo przed tym, jak ukazała się w Polsce (a przynajmniej w wydaniu o wiele bardziej do oryginału zbliżonym), dlatego to spowodowało, że nawet nie potrzebowałam większej zachęty, by po nią sięgnąć. Teraz wydaje mi się, iż tworzone przez te wszystkie lata oczekiwania mocno wpłynęły na mój osobisty odbiór całokształtu. Co prawda bardzo dobrego i wartościowego, aczkolwiek dla mnie niestety podczas lektury emocjonalnie niezbyt angażującego. Ale może przed laty zrobiłby na mnie o wiele większe wrażenie?

     Piętnastoletni Ari stara się zrozumieć samego siebie. Zmaga się z samotnością, jest zamknięty w sobie i nieufny. Niczego nie ułatwiają również chwiejne relacje z rodzicami oraz dość pesymistyczne podejście do życia. Pewnego dnia ten introwertyczny nastolatek spotyka na swojej drodze Dantego - dziwacznego, jednak o wiele bardziej otwartego na otaczający go świat chłopaka. Prędko postanawiają się zaprzyjaźnić, co przynosi diametralne zmiany do ich stosunkowo poukładanej codzienności. Razem przyjdzie im się zmierzyć z tym, o czym wcześniej nawet nie myśleli, a przy tym postarają się poznać wiele z sekretów wszechświata. Aczkolwiek czy uda im się tego dokonać? 

    Z początku coś mi w tej historii nie pasowało. Zauważyłam, że to wina dziwacznych, posiadających wiele powtórzeń dialogów. Z czasem dostrzegłam w tym jednak pewien urok. Styl autora jest lekki, zadziwiająco prosty, ale jednocześnie zdolny do budowania w narracji ciekawego klimatu. Dzięki temu od razu można przenieść się do słonecznej Ameryki w drugiej połowie lat 80. Ostatnio coraz rzadziej trafić można na młodzieżowe historie opowiadające o czasach nieco mniej nam obecnych, dlatego prędko spodobał mi się pomysł zaproponowany w Arystotelesie i Dante. Za plus uznać można również przewagę wątku obyczajowego nad romantycznym. Nie jest to romans (lub tym bardziej erotyk), a opowieść o młodych ludziach, którzy starają się pojąć zachodzące w nich zmiany - czy to przez zwyczajne dojrzewanie, czy też przeżyte wydarzenia. Jest to książka o walce z wewnętrznymi traumami i otwieraniu się na innych ludzi. Ukazuje ludzi powoli wchodzących w dorosłość, dzięki czemu na pewno wiele osób się z bohaterami utożsami, niezależnie od płci, koloru skóry czy też seksualności. Problemy z odnalezieniem własnej tożsamości są na tyle uniwersalne, że Arystoteles i Dante to książka, która ma do przekazania coś poza samą historią o miłości dwójki nastolatków. A w dodatku jest bardzo urocza i ładnie napisana - już tak nie zwracając uwagi na początkowe zgrzyty. One nie są tak naprawdę znaczącym problemem.

    Arystoteles i Dante odkrywają sekrety wszechświata wyróżnia się spoza innych książek młodzieżowych. Być może daleko jej do wielkich arcydzieł literatury pięknej, jednak to wciąż poruszająca opowieść o rodzinie, przyjaźni i miłości. Nawet jeśli w życiu bohaterów pojawiają się problemy, razem są w stanie je pokonać, a to potrafi w trakcie lektury napawać optymizmem. Powieść przypadnie do gustu każdemu, kto pragnie poznać historię wzruszającą i w swojej prostocie zachwycającą. Jednak polecam ją szczególnie czytelnikom w wieku zbliżonym do tego bohaterów, bo wtedy o wiele lepiej będą potrafili wczuć się w ukazane przez autora sytuacje, a także poruszone problemy. Na mnie niektóre wątki nie zrobiły aż tak ogromnego wrażenia, nawet jeśli pod koniec Ari i Dante faktycznie zaczęli wydawać mi się w niektórych sprawach dość bliscy. Na pewno będę wspominać książkę pozytywnie, bo pokazała mi, że współczesna literatura młodzieżowa może być interesująca i zadziwiająco jakościowa. Cieszę się, że w końcu mogłam po tę historię sięgnąć. Długo na to czekałam.


Wydawnictwo: We need YA
Autor: Benjamin Alire Sáenz
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Ilość stron: 384
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera (tego wydania): 11.08.2021


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu We need YA



Historia o ludzkiej naturze, czyli „Antyspołeczny"

Historia o ludzkiej naturze, czyli „Antyspołeczny"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Bardzo lubię książki opowiadające o ciekawych ludziach, zajmujących się ciekawymi rzeczami. Medyczne Będzie bolało pokochałam już od pierwszych stron i miałam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję poznać więcej żartobliwie napisanych dzienników, które mimo wszystko w pewien sposób potrafią swoją tematyką poruszyć i zmusić czytelnika do refleksji. Tego też spodziewałam się po Antyspołecznym, który już po samym opisie (nawiązującym zresztą do przytoczonej przeze mnie wcześniej książki), zapowiadał lekturę posiadającą elementy tak bardzo przeze mnie swego czasu pokochane. Czy jednak Nick Pettigrew opowiedział coś równie dobrego? Czy jego styl okazał się tak samo cięty, co ten lubianego przeze mnie lekarza-komika? Cóż... niestety historia nie pozostała w moich myślach na dłużej. Nawet jeśli bardzo doceniam wykonywany niegdyś przez autora zawód i chciałabym zupełnie inaczej odebrać ten tytuł.

    Nick Pettigrew był pracownikiem do spraw antyspołecznych, a jego książka przedstawia kilka sytuacji z życia takiego człowieka. Ten zawód nie posiada w naszym kraju odpowiednika, więc czyni to poruszoną tematykę jeszcze bardziej interesującą i egzotyczną (nawet jeśli cały czas mówimy po prostu o Wielkiej Brytanii). Nick w swojej pracy zajmuje się tym, by w pewnych niewielkich społecznościach relacje były stosunkowo pozytywne, a wśród jej mieszkańców panowały spokój i harmonia. Wszystko utrudniane jest jednak przez osoby antyspołeczne, których problemy autor niegdyś rozwiązywał. Nie potrafią one żyć zgodnie z panującymi normami, co najczęściej wywołuje u pozostałych osób rozdrażnienie, a nawet i agresję. Zadaniem antyspołecznego jest więc pomoc w pozbyciu się właśnie tego swego rodzaju "wadliwego elementu" (nie ukrywam, że nieco dziwnie mi to zjawisko tak nazwać, bo wciąż mówię o ludziach).

    Chociaż wszystko zwiastowało naprawdę wartościową lekturę, ja z tym tytułem się niestety nie polubiłam. Czytałam o dramatach ludzi, jednak jakimś cudem w pewnym momencie poczułam znużenie poruszanym tematem. Nawet jeśli niejednokrotnie pojawiał się obiecywany na okładce czarny humor, on nieszczególnie przypadał mi do gustu, dlatego przez większość lektury byłam wyłącznie zawiedziona tym, co otrzymałam. Doceniałam intencje autora i uważałam, że robił w swojej pracy naprawdę wiele dobrych rzeczy, lecz to wciąż nie było to, na co czekałam. Wiele tematów nie było dla mnie szczególnie nowych i szokujących, aczkolwiek i tak podobało mi się, że zostały one przez autora poruszone. Być może pozwoli to zapobiegać podobnym zachowaniom w przyszłości, a to byłoby ogromnym plusem tego tytułu. 

    Ciężko jest mi jednoznacznie ocenić Antyspołecznego, bowiem jest to historia, wobec której miałam po prostu nieco inne oczekiwania. Nie była ona tak zabawna, jak bym tego chciała. Przytaczane przykłady także wydawały mi się nieco zbyt lekko zarysowane, dlatego nie do wszystkich można było czuć większe współczucie. Uważam jednak, że warto po tę książkę sięgnąć dla samego faktu, że ukazuje dość dziwaczne dla nas zjawisko. W Polsce nie ma przecież takiego stanowiska, więc temat powinien zaciekawić osoby poszukujące różnych ciekawostek na temat Wielkiej Brytanii. Nawet jeśli ja, fanka książek Adama Kaya, jestem zawiedziona tym, co ostatecznie ukazał w swoim dzienniku Nick Pettigrew, istnieje spore prawdopodobieństwo, że do kogoś innego ten tytuł przemówi o wiele bardziej. Ja zaś na przyszłość zapamiętam, by nie robić sobie wygórowanych oczekiwań, bo przez to można sobie zniszczyć opinię o całokształcie, nawet jeśli jak najbardziej doceniam intencje autora.

Wydawnictwo: Insignis
Autor: Nick Pettigrew
Tłumaczenie: Patrycja Zarawska, Iwona Michałowska-Gabrych
Ilość stron: 352
Cena okładkowa: 39,99 zł
Premiera: 30.06.2021

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Insignis
Pozaziemskie rozczarowanie, czyli „Projekt Hail Mary"

Pozaziemskie rozczarowanie, czyli „Projekt Hail Mary"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Andy Weir to autor przeze mnie znany i bardzo lubiany. Marsjanina wciąż wspominam z ogromnym sentymentem (bo to w pewniej mierze od niego rozpoczęła się moja czytelnicza przygoda), a nieco słabsze Artemis i tak pomimo swoich wad mnie swoją fabułą zainteresowało (na tyle, że zaczęłam pisać o nim fanfika - na szczęście nigdzie go nie opublikowałam). Dlatego też słysząc o premierze Projektu Hail Mary, od razu wiedziałam, że nie przejdę obok tej książki obojętnie i za wszelką cenę będę chciała po nią sięgnąć. I cóż, książka w końcu trafiła w moje ręce, a ja czym prędzej zabrałam się za czytanie. Cieszyłam się, że autor powraca do znanego z debiutu motywu samotnego, walczącego o życie astronauty, jednak dość prędko pojawiły się odbierające mi pełną przyjemność z czytania zgrzyty. Chodzi mi o to, że tym razem fiction było o wiele więcej od science.

    Fabuła od razu kojarzy się z tą, którą Andy Weir ukazał w Marsjaninie. Pozostawiony na pastwę losu astronauta budzi się w opuszczonym statku kosmicznym i zauważa, że nie pamięta, kim jest i co też w tym miejscu robi. Powoli zaczyna przypominać sobie przeróżne fakty ze swojego życia, a co za tym idzie - wszystko zaczyna układać się w całość. Okazuje się, że wyruszył w samobójczą misję, która na celu ma uratowanie Ziemi przed zbliżającą się coraz szybciej klęską klimatyczną. Słońce ma bowiem niedługo zgasnąć, a to dla całej ludzkości nie wróży niczego dobrego... Uratowanie świata nie jest jednak tak proste, jak może się zagubionemu w kosmosie nauczycielowi wydawać. Na szczęście pojawia się towarzysz, który chętnie wyciąga do niego pomocną rękę. No, nawet kilka rąk.

    Nie będę ukrywać, że fabuła już od pierwszych stron mnie wciągnęła, a ja bardzo chciałam dowiedzieć się, kim tak naprawdę jest główny bohater. Niestety wszystko zaczęło się psuć, gdy zrozumiałam, że książka podzielona jest na dwie części - jedną dziejącą się na statku, a także drugą, opowiadającą o tym, jak wyglądały przygotowania do lotu. Zabieg ten z początku wydawał się obiecujący, lecz jednocześnie spowodowało to, że książka jest jakościowo bardzo nierówna. Zdarzają się fragmenty z przeszłości lepsze od tych współczesnych, jak i na odwrót. Przymykałam na te wady oko, do czasu komunikacji z pozaziemską cywilizacją. Wtedy w pełni dostrzegłam, że jest to książka pisana raczej przez geeka dla geeka, a nie wpisująca się znane mi wcześniej dzięki Weirowi science fact. Owszem, nie jestem przeciwniczką tego typu wątków (wręcz przeciwnie, bardzo lubię motyw UFO), jednak w tej historii zdawał się on być zbyt kreskówkowo-przygodowy. Zwłaszcza, że głównemu bohaterowi wszystko szło bez poważniejszych problemów i udawało mu się wyjść zwycięsko nawet z największych tarapatów. Co prawda w Marsjaninie bywało podobnie, aczkolwiek tam wydawało się to choć trochę prawdopodobne. Tutaj czytelnik śledzi perypetie raczej przekombinowanego McGayvera, aniżeli naukowca z krwi i kości. Szkoda, bo Mark Watney naprawdę skradł moje serce, a nie mogę powiedzieć tego samego o Rylandzie Grace.

     Pomimo wszystkich wad, nie uważam Projektu Hail Mary za książkę złą. Wręcz przeciwnie, to świetna, pełna naukowych opisów historia science-fiction, do której miałam po prostu zupełnie odmienne oczekiwania. Cięty język głównego bohatera świetnie rozładowywał atmosferę, a jego przygody przyciągały uwagę, jednak spodziewałam się powieści nieco bardziej przyziemnej, bez rozmyślania o tym, jak bardzo szalonych kosmitów spotkać można w innych układach słonecznych. Dla fanów lekkiego (bo cięższe opisy i tak same w sobie są zrozumiałe nawet dla największego laika), klasycznego sci-fi będzie to książka o wiele lepsza. Polecam ją jak najbardziej, nawet jeśli minęłam się ze swoimi oczekiwaniami.

Wydawnictwo: Akurat
Autor: Andy Weir
Tłumaczenie: Radosław Madejeski
Ilość stron: 512
Cena okładkowa: 49.90 zł
Premiera (tego wydania): 05.05.2021

 
Fantastyka nie z tej ziemi, czyli „Pan Lodowego Ogrodu - księga I"

Fantastyka nie z tej ziemi, czyli „Pan Lodowego Ogrodu - księga I"



✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Do polskiej fantastyki podchodzę z dość sporym dystansem. Ostatnimi czasy pojawiło się wiele głosów poruszających temat szkodliwości ukazywania w książkach z tego gatunku skrajnie prawicowych poglądów niektórych autorów. Słyszy się o dziadach polskiej fantastyki  twórcach, którzy w swoich książkach lubią przemycać treści nie zawsze współcześnie akceptowalne (no, nie licząc osób z podobnymi do autora poglądami). O Panu Lodowego Ogrodu słyszałam jednak tak dużo pochlebnych opinii, że nie potrafiłam przejść obok tej serii obojętnie. Poza tym byłam również bardzo ciekawa, czy te wszystkie zarzucane współczesnym fantastom grzeszki są aż tak podczas jednorazowej lektury wyczuwalne. Jak więc skrótowo przedstawia się moja opinia co do tego tytułu? Prawdę mówiąc, jestem pozytywnie zaskoczona. Obawiałam się, że czeka mnie potężny zawód, a ostatecznie otrzymałam dość porządną powieść fantasy. Oczywiście nie bez wad, aczkolwiek bardzo dobrą. 

Na Midgaard - zbliżoną do ziemi planetę, na której ludzie żyją w jakoby czasach naszego średniowiecza - wyrusza Vuko Drakkainen. Ma on za zadanie odnaleźć oraz uratować ekipę naukowców i badaczy, która kilka lat temu w tym nietypowym miejscu zaginęła. Jednak już od pierwszych chwil dostrzega on, że ta misja nie potoczy się zgodnie  planem, a Midgaard kryje w sobie naprawdę wiele tajemnic. Wszystko utrudnia też fakt, że protagonista nie może wpływać na lokalną kulturę, co, o dziwo, nie należy do szczególnie prostych - zważając na to, że jest człowiekiem pochodzącym z planety o zupełnie wyższym poziomie rozwoju. Vuko wplątuje się przez to w sam środek wojny bogów, starając się przy okazji pojąć jak najwięcej o otaczającej go rzeczywistości. W trakcie lektury pojawia się w narracji również druga oś fabularna, tym razem dotycząca Młodego Tygrysa, będącego przyszłym następcą Tygrysiego Tronu. NIe ukrywam, że i jego perypetie okazywały się bardzo ciekawe (niejednokrotnie nawet bardziej od tych spotykających Nocnego Wędrowca). Cóż, lecz na skrzyżowanie dróg tej dwójki bohaterów trzeba jeszcze poczekać. 

    Fabuła okazała się bardzo wciągająca, a bohaterów można było w pewien sposób polubić. Chociaż suchość prowadzonej przez Jarosława Grzędowicza narracji może okazać się podczas lektury problematyczna, dla mnie taki zabieg wyłącznie dodał mroczności i klimatu do opowiadanej historii. Całość czytało mi się zadziwiająco dobrze, nawet jeśli nie każdy z ukazanych w książce wątków szczególnie mnie zainteresował. Obawiałam się, że przebrnięcie przez całą książkę okaże się dla mnie drogą przez mękę, jednak bardzo się zdziwiłam, gdy było zupełnie inaczej. Akcji jest dużo, jednak nie tylko ona nadaje historii tempa, a opisy przyrody są bardzo plastyczne i potrafią zaciekawić nawet ich największych przeciwników. Pierwszy tom Pana Lodowego Ogrodu to porządna, ciekawie skonstruowana powieść fantasy z wątkami science-fiction. Nigdy wcześniej się z takim połączeniem nie spotkałam, dlatego przyjemnie było przekonać się, że na pozór tak bardzo różniące się od siebie gatunki potrafią dość dobrze się swoimi odmiennymi cechami dopełniać. Zobaczenie tej dość nietypowej symbiozy było dla mnie, fanki tego typu klimatów, intrygującym doświadczeniem.

    Pierwszy tom to tak naprawdę dopiero zalążek całej serii, dlatego ciężko jest mi odnieść się do całokształtu. Już teraz mogę jednak powiedzieć, że Pan Lodowego Ogrodu to powieść rozbudowana i wciągająca już od pierwszych stron. Chociaż już na tym etapie pojawia się kilka dość dziaderskich treści (zadziwiająca niechęć głównego bohatera do Unii Europejskiej, a także nieco skrótowo zarysowane role postaci kobiecych), nie jest to jednak uciążliwe i podczas lektury nawet się tego tak naprawdę nie odczuwa. Zostałam przez Grzędowicza pozytywnie zaskoczona i niewątpliwie będę rozmyślać o sięgnięciu po drugą część. Mam nadzieję, że i ona spełni moje oczekiwania oraz pokaże, że w polskiej fantastyce istnieją warte uwagi i wartościowe tytuły.

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Autor: Jarosław Grzędowicz
Ilość stron: 560
Cena okładkowa: 44,90 zł
Premiera (tego wydania): 18.06.2021



Świat maszyn, czyli „Pianola"

Świat maszyn, czyli „Pianola"

 

✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Na pewno nikogo z moich czytelników nie zaskoczę, gdy kolejny raz w swojej blogowej karierze napiszę o tym, że uwielbiam Kurta Vonneguta. Tak samo nikogo nie powinien zdziwić fakt, że z tak ogromną chęcią sięgnęłam po debiutancką powieść tegoż autora – Pianolę. A jakby tego było mało, dodatkowo zawsze bardzo lubiłam wszelkiego rodzaju dystopie i antyutopie, więc to jedynie jeszcze bardziej podsyciło moją ciekawość co do pierwszej wydanej przez Vonneguta książki. Jednak czy i tym razem mój ulubiony pisarz spełnił oczekiwania? Czy mogę uznać Pianolę za arcydzieło, które do reszty mnie pochłonęło? Prawdę mówiąc, poniekąd tak. Ale z drugiej  strony niestety muszę powiedzieć, że dość łatwo dostrzec, iż jest to dopiero debiut. Dlatego też mam z tym tytułem relację raczej, że tak to ujmę, słodko-gorzką.

    Historia opowiada o świecie, w którym postęp technologiczny zaszedł zdecydowanie za daleko. Przez drugą rewolucję przemysłową, a także trzecią wojnę światową nic nie jest stabilne. Maszyny zastąpiły ludzi, a społeczeństwo zostało podzielone na kasty – ze względu na ich poziom inteligencji oraz użyteczność do pracy. Jednej z grup udało się temu mechanicznemu postępowi oprzeć – są to wysocy rangą dyrektorowie fabryk, a także naukowcy. Nie wszystko jest jednak tak proste, na jakie może w teorii wyglądać. Paul Proteus, wysoko postawiony inżynier przestaje czuć się na swoim stanowisku dobrze i zaczyna coraz intensywniej rozmyślać o dołączeniu do sprzeciwiającej się maszynom rewolucji. W jego głowie pojawiają się wątpliwości co do całokształtu obecnego społeczeństwa i przez to czuje, że potrzebna jest diametralna zmiana. Chce powrotu do dawnego porządku świata, lecz tak naprawdę nie wie, jak mógłby się za to zabrać. To właśnie ten wewnętrzny konflikt jest osią napędową tej dość pokaźnych (przynajmniej w tym wydaniu) rozmiarów powieści.

    Zdecydowanie brakowało mi ciętego języka, który w książkach Kurta Vonneguta zawsze był dla mnie największym atutem. Styl zdecydowanie nie przypomina tego, jaki wówczas znałam z innych dzieł autora. Mimo, iż wszystkie charakterystyczne dla niego cechy się pojawiają (satyra, nietuzinkowy humor i abstrakcyjna fabuła oraz bohaterowie), czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Oczywiście nie jest to minusem, bowiem to wciąż świetna i błyskotliwa powieść, jednak fanów wolę już teraz ostrzec, by być może nie poczuli się w tym debiucie zagubieni. Chociaż Vonnegut staje się znanym nam Vonnegutem dopiero w następnych powieściach, na Pianolę warto zwrócić uwagę. Jest to bowiem antyutopia, która ani trochę się nie zestarzała. Ba, wręcz przeciwnie! Teraz może wydać nam się jeszcze bliższa, niż  wydawała się czytelnikom lata temu. Na pewno każdy z nas dostrzega wszechobecność maszyn oraz elektroniki – niejednokrotnie zastępującej człowieka. Zagrożenia wynikające z technologii są nam przecież bardzo bliskie i na pewno każdy doskonale zdaje sobie z nich sprawę. 

    Książka wydała mi się jednak zbyt długa. Można było się pogubić w nadmiernej ilości opisów oraz nic do fabuły nie wnoszących dialogów. W tego typu historii skupienie się na konkretach okazałoby się o wiele lepszym rozwiązaniem, nawet jeśli klimat był niewątpliwie jedyny w swoim rodzaju. Niestety niektórzy bohaterowie również nie skradli mojego serca. Relacja Paula i Anity wydała mi się niezbyt wiarygodna, a sama kreacja partnerki Proteusa okazała się dość nieciekawa. Szkoda. Ten wątek na pewno wypadłby lepiej, gdyby Kurt Vonnegut postanowił rozpocząć swoją zabawę abstrakcyjnym szaleństwem już w pierwszej powieści. Bez tego otrzymaliśmy historię dobrze napisaną i przemyślaną, jednak niestety jednocześnie jedną z gorszych w dorobku autora. 

    Fanom autora polecam jak najbardziej – jest to kawał starego, dobrego science-fiction o maszynach przejmujących kontrolę nad światem oraz ludziach z nimi walczących. Miłośnicy antyutopii również powinni odnaleźć w Pianoli coś dla siebie – zwłaszcza, że jest to historia z każdym rokiem zyskująca na swojej aktualności. Kto wie, w jaki sposób będziemy ją odczytywać już za jakiś czas? Zaś wszystkim innym polecam rozpoczęcie swojej Vonnegutowskiej przygody od innych, pozwalających o wiele lepiej poznać ich autora, tytułów. A naprawdę jest z czego wybierać.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Wacław Niepokólczycki
Ilość stron: 528
Cena okładkowa: 54 zł
Premiera (tego wydania): 15.06.2021


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Zagadki wszechświata, czyli „Jak to wyjaśnić?"

Zagadki wszechświata, czyli „Jak to wyjaśnić?"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Na samym wstępie przyznam, że twórczość ekipy z tvgry.pl uwielbiam od dość dawna, a ich filmiki często poprawiają mi swoim szalonym i nietypowym humorem dzień. Dlatego po opisywaną przeze mnie teraz książkę sięgnęłam głównie przez to, że znałam jej autora. No, a przynajmniej jego internetową działalność. Przygód z książkami popularnonaukowymi nie miałam na ten moment zbyt wiele (tematyka wydaje się bardzo ciekawa, jednak mój mózg chyba nie jest przystosowany do tego, by ją w pełni rozumieć), lecz od dawna lubiłam dowiadywać się czegoś nowego - nawet jeśli nie zawsze dla mnie przez naukową terminologię zrozumiałego. Czasem zdarzają się jednak wyjątki, w których najbardziej zawiłe treści okazują się proste do pojęcia nawet dla największego laika. Tak poniekąd jest również w przypadku książki Jak to wyjaśnić?, dzięki której można dowiedzieć się naprawdę wielu ciekawych rzeczy. I w dodatku, na szczęście, nie wszystkie są stricte astrofizyczne.
    
    Dlaczego pojęcie jest zielone? Jak wielki jest kosmos? Kiedy jest teraz? Jak wygląda nic? Kacper Pitala zadaje w swojej książce dużo pytań i stara się na nie jak najlepiej odpowiedzieć, nawet jeśli zdecydowana większość z nich tak naprawdę nawet nie posiada konkretnej odpowiedzi. Czytelnik w trakcie lektury może poszerzyć swoje horyzonty, dowiadując się wielu, nie zawsze w pełni naukowych informacji (wiedzieliście na przykład, że umaszczenie niektórych zwierząt zależy od ich diety?). 
    Styl autora jest bardzo lekki, dzięki czemu przez książkę (zresztą w środku niezbyt długą) się wręcz płynie. Nie spodziewałam się, że całość okaże się aż tak przystępna, jednak zostałam pozytywnie zaskoczona. Niestety nie zmienia to faktu, że niektórych  zagadnień nie potrafiłam w pełni pojąć (tak już wyszło, że żaden ze mnie ścisłowiec), a o wiele bardziej zainteresowały mnie rozdziały dotyczące spraw nieco bardziej przyziemnych. Nie da się bowiem ukryć, że jest to książka dla osób, które o wiele lepiej pojmują skomplikowane działy fizyki oraz astronomii. Stereotypowi humaniści mogą poczuć się nieco przytłoczeni nadmiarem ścisłych informacji zawartych w Jak to wyjaśnić? Niemniej jednak jest to książka ciekawa i mająca naprawdę dużo do zaoferowania. Kacper Pitala potrafi zaciekawić swoim żartobliwym stylem, a także osobistymi wstawkami. Z drugiej strony przypomina to scenariusz kilku filmików z jego kanału. Czy to zaleta? Cóż... ciężko mi to stwierdzić. Wszystko na pewno zależy od tego, w jakiej formie czytelnikowi lepiej zdobywa się informacje. Ja chyba pozostanę przy pierwotnym, bardziej social mediowym założeniu.

    Jak to wyjaśnić? na pewno zdecydowanie bardziej przypadnie do gustu osobom, które z astrofizyką mają wspólnego o wiele więcej ode mnie. Dla mnie to była ciekawa, lecz momentami niezrozumiała podróż. Tematów zostało poruszone dużo, jednak nie wszystkie myśli okazały się dobrze poprowadzone lub rozwinięte. Niestety czasem pozostawał niedosyt - zwłaszcza, gdy zaczęło się w tę tematykę zagłębiać. Aczkolwiek na końcu na szczęście znajduje się dość pokaźna bibliografia, więc zainteresowane osoby będą mogły samodzielnie pogłębić swoją wiedzę. Jako plus uważam przystępny i prosty język, który w tego typu popularnonaukowych tytułach zawsze okazuje się pozytywem. Książkę będę wspominać bardzo dobrze, nawet jeśli nie wszystko okazało się w niej aż tak mnie intrygujące. To jednak wciąż porządna książka dla fanów gatunku, koneserów oraz fanów popularyzacji nauki.

Wydawnictwo: Otwarte
Autor: Kacper Pitala
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 44,99 zł
Premiera: 10.05.2021


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Otwarte



Miód na serce w trudnych czasach, czyli fenomen serialu „Szpital New Amsterdam"

Miód na serce w trudnych czasach, czyli fenomen serialu „Szpital New Amsterdam"


            Popularność seriali medycznych nie jest zjawiskiem szczególnie nowym. Każdy z nas na pewno  niejednokrotnie w swoim życiu słyszał o fenomenie Dr House'a lub Grey's Anatomy (u nas znanego jako Chirurdzy), a nawet w polskiej telewizji tryumfy odnoszą TVNowskie paradokumentalne Szpitale, czy też nieco bardziej wiekowe Na dobre i na złe.  Jednak Szpital New Amsterdam na Netflixie pojawił się dość niespodziewanie, a także – również niespodziewanie – prędko udało mu się zyskać na nim ogromną popularność, stając się najchętniej oglądaną produkcją na platformie (dodatkowo przez długi czas miejsce w tej dziesiątce utrzymywał). Nie ukrywam, że gdyby nie ranking, zapewne nigdy nie zainteresowałabym się tym tytułem – zresztą, w Stanach na ten moment nawet niezbyt popularnym. Cóż, ale po czasie ciekawość oraz moje wewnętrzne zamiłowanie do popkulturowych lekarzy (nie oceniajcie mnie) zwyciężyły i Szpital New Amsterdam włączyłam. Czy był wart mojego czasu? Wydaje mi się, że sam fakt wyjścia z mojej książkowej strefy komfortu i pojawienie się chęci stworzenia opinii dotyczącej serialu, powinny mówić same za siebie.

                New Amsterdam to miejsce utopijne, dziejące się prawie że w innym świecie – nieco lepszym od tego nas otaczającego. Pojawienie się w tytułowym szpitalu nowego dyrektora medycznego diametralnie wpływa na ówczesne funkcjonowanie placówki, a także panujące w niej od lat zasady. Max Goodwin (fenomenalny i pięknie się do kamery uśmiechający Ryan Eggold) to idealista, z całych sił pragnący dobra pacjentów - niezależnie od ceny. Jest pewny siebie, bardzo ambitny, a jego arogancja prędko staje się dla innych lekarzy nie do zniesienia. Jednak w sumie już od pierwszych chwil widz zaczyna tej nietypowej rewolucji kibicować. Goodwin robi przecież wszystko dla ludzi takich jak my, a to czyni jego walkę jeszcze bardziej angażującą. Zwłaszcza, że poza nim poznajemy również wielu innych, charyzmatycznych bohaterów, zmagających się z własnymi problemami i starających się, by nie przeszkadzały im one w życiu zawodowym. Wątki obyczajowe są jednak spychane na drugi plan, bowiem najważniejsze jest to, co dzieje się z pojawiającymi się w odcinku pacjentami. To właśnie osoby postronne stają się powodem do dyskusji na temat spraw we współczesnej Ameryce (chociaż nie tylko) ważnych oraz często kontrowersyjnych. Dyskryminacja, bezdomność lub brak dostępu do podstawowej opieki medycznej to tylko kilka przykładów tego, co Max stara się w trakcie swojej misji naprawić. I, o dziwo, udaje mu się odnaleźć na te problemy rozwiązanie. Max musi jednak walczyć nie tylko z niesprawiedliwością otaczającego go świata. Jest też bowiem człowiekiem chorym, zmagającym się ze zdiagnozowanym i nie zawsze reagującym na podawane leki rakiem gardła. Czyni to jednak jego batalię wiarygodną – sam przecież z autopsji wie, jak to jest być pacjentem i dzięki temu zna jego potrzeby. A przynajmniej wydaje mu się, że tak jest, nawet jeśli wiele z jego (nieraz irracjonalnych) pomysłów okazuje się spełniać swoje założenie.


                Nie da się ukryć, że Szpital New Amsterdam to eskapistyczne fantazjowanie o tym, jak mógłby wyglądać świat jakoby idealny, momentami wręcz utopijny i przez to niewątpliwie nierealistyczny. Tytułowa placówka swoją wielkością przypomina małe państwo, więc i tam odbywa się zdecydowana większość pokręconej i pełnej zbiegów okoliczności fabuły. W ciągu czterdziestu odcinków życie głównych bohaterów staje się istną sinusoidą, nawet jeśli nieprawdopodobne zbiegi okoliczności i tak w zdecydowanej większości prowadzą do swego rodzaju happy endu oraz osobistego katharsis. Dużą wagę odgrywają również sprawy dotyczące zarządzania szpitalem – co nie zawsze jest wątkiem często w serialach medycznych poruszanym. Jednak to nie lubi śledzić rozmów o dużych pieniądzach? Serial mocno skupia się również na sprawach finansowania opieki zdrowotnej, co w Stanach jest dla wielu osób sporym kłopotem, bowiem nie każdy może sobie na to pozwolić. Max i jego ekipa starają się jednak z całych sił pomóc osobom bez odpowiedniego ubezpieczenia, mierząc się tym samym z chciwymi koncernami, firmami i lokalnymi politykami. Przeciwstawia się też panującej wśród lekarzy korupcji, z łatwością zwalniając cały, nic nie wnoszący do szpitala oddział. I to dodatkowo w trakcie swojego pierwszego dnia pracy. Goodwin za swojego głównego wroga uważa niesprawiedliwy system – bez jego zmiany, nie ma szans na poprawę.

                    Jednak czy przewidywalność, uproszczenia i cukierkowa melodramatyczność są tak naprawdę wadami Szpitala New Amsterdam? Poniekąd niestety tak – widać to chociażby w opiniach krytyków. Chociaż serial ogląda się jednym tchem, a perypetie bohaterów wciągają, wiele z wątków tak naprawdę nigdy nie mogłaby się w rzeczywistości wydarzyć i nie trzeba być znawcą, by to dostrzec. Tego typu zabiegi nie są jednak w gatunku dramatów medycznych czymś nowym i warto przymknąć na nie oko, by w pełni cieszyć się seansem. Tym, co tak naprawdę powoduje, że produkcja NBC jest tak przyjemna w odbiorze, są jej pozytywny wydźwięk oraz ukazywanie ludzi szczerze zaangażowanych i kochających swoją ciężką pracę. W czasach pandemii każdy z nas chciałby uwierzyć w szlachetność lekarzy, zachowujących się niczym rycerze na białych koniach (i to dodatkowo w białych fartuchach). Historie ze szczęśliwym zakończeniem bardzo często potrafią podnieść na duchu, a także zachęcić do działania – zwłaszcza, gdy śledzi się perypetie ludzi sympatycznych i walczących o dobre wartości. Główni bohaterowie są siłą napędową całego serialu i dzięki ich świetnym kreacjom chce się tej nietypowej grupce kibicować. Razem z Maxem walczy bowiem Helen Sharpe (Freema Agyeman) – wspierająca go w walce z chorobą onkolożka, Floyd Reynolds (Jocko Sims) – uzdolniony kardiochirurg, Iggy Frome (Tyler Labine) – sympatyczny i misiowaty psychiatra, Lauren Bloom (Janet Montgomery) – pyskata ordynatorka SOR-u, a także Vijay Kapoor (Anupam Kher) – neurolog z ciętym językiem. Jak więc widać, każdy znajdzie sobie w tej narracji swojego ulubieńca. 


                    Różnorodność bohaterów, a także poruszanie tematów z różnych dziedzin medycyny to niewątpliwy plus, jednak niestety nie każdy wątek jest równy drugiemu. Najsłabiej niestety wypada ukazanie spraw związanych z psychiatrią. Zbyt wiele rozwiązań okazuje się bardzo uproszczonych, a także dość schematycznych. Szkoda. Patrząc na innych bohaterów, można było rozwinąć wątek Iggy'ego w sposób o wiele ciekawszy i bardziej angażujący. Nawet jeśli uroczy lekarz potrafi swoim zachowaniem skraść serce, nie zawsze ma się ochotę, by śledzić jego poczynania w próbach odczytania psychiki pacjentów. 

                    Dlaczego jednak wciąż z takim zaangażowaniem pragniemy oglądać coraz to nowsze seriale o lekarzach? Można przecież śmiało stwierdzić, że w tym temacie nie da się stworzyć niczego innowacyjnego i niesamowitego - wszystko zostało już dawno opowiedziane w popularnych, wielosezonowych produkcjach. Aczkolwiek wydaje mi się, że każdy z nas w pewien sposób ma słabość do historii nierealnych i dających nadzieję na lepsze jutro. Lubimy oglądać ludzi walczących o dobre wartości, sprzeciwiających się tym, którzy wykorzystują cierpienie dla własnych korzyści, nawet jeśli ta walka wydaje się momentami wręcz irracjonalna. Szpital New Amsterdam nie jest jednak tytułem ambitnym i wiele w gatunku zmieniającym. Okazuje się przerysowany, czasem wręcz nudny i w swojej naiwności śmieszny. Jednak czy nie to jest nam w ciężkich chwilach potrzebne? Śledzenie perypetii zbyt idealistycznego dyrektora medycznego sprawia wiele przyjemności, a przewidywalne happy endy potrafią podnieść poziom cukru lepiej niż niejedna czekolada. Z drugiej strony, podchodząc do szpitalnych przygód Maxa Goodwina i jego przyjaciół niezbyt poważnie i bez wygórowanych wymagań, można bawić się podczas seansu wręcz rewelacyjnie. Zdecydowanie będę czekać na nowe sezony - moje serce prędko zostało przez tę ekipę skradzione. Wierzę, że mają jeszcze wiele ciekawych rzeczy do powiedzenia.

Jak McCarthy do klasyków postapo dołączył? Słów kilka o  ,,Drodze"

Jak McCarthy do klasyków postapo dołączył? Słów kilka o ,,Drodze"


                Niewątpliwie ciężko jest we współczesnym świecie znaleźć książki, które będą zarówno przyjemne w odbiorze, jak i wartościowe. Wszechobecny dostęp do literatury spowodował, że rynek wydawniczy został wręcz zalany historiami prostymi oraz niewymagającymi. Czy istnieje w ogóle cień szansy, by odnaleźć książkę, która będzie się spomiędzy nieskomplikowanej literatury popularnej wyróżniać? Oczywiście, że tak. Są bowiem autorzy, którzy starają się tworzyć opowieści ukazujące otaczający nas świat w zupełnie inny sposób. Są to historie, które poruszają swoim przesłaniem, przystępnym i nieskomplikowanym stylem oraz zapadającymi w pamięć bohaterami. Właśnie na te cechy ja (jak i wielu innych czytelników) zwracam największą uwagę. Wśród ogromu jednakowych i pisanych jakby na kolanie historii – czy to kryminałów, czy to też erotyków/romansów – powiew świeżości jest czymś jak najbardziej potrzebnym. A już szczególnie taki, który przyniesie czytelnikom historię niekonwencjonalną oraz jedyną w swoim rodzaju (a przynajmniej na pierwszy rzut oka, bowiem podobne motywy pojawiały się w literaturze już niejednokrotnie, a żadna książka nie jest w stu procentach oryginalna). Wszystkie moje wymagania zostały spełnione przez jednego współczesnego amerykańskiego autora, którego książka stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych tytułów literatury postapo – tuż obok Bastionu Stephena Kinga, Pikniku na skraju drogi braci Strugackich oraz (chociaż powstałej kilka lat później) trylogii Metro Głuchowskiego.

               W 2006 roku Cormac McCarthy wydał Drogę – swoje późniejsze opus magnum, opowieść o postapokaliptycznym świecie, w którym ludzkość została zniszczona przez bliżej nieokreślony kataklizm, a osoby, które jakimś cudem go przeżyły, muszą teraz walczyć o przetrwanie w bardzo trudnych, wręcz nieludzkich warunkach. Historia w głównej mierze skupia się jednak na dwójce bohaterów – synu oraz jego ojcu. Przemierzają oni wyniszczoną apokalipsą krainę, poszukując sposobu na przeżycie.

               Doceniam literaturę fantastycznonaukową za to, że ukazuje scenariusze niejednokrotnie bardzo prawdopodobne. Najbardziej porusza mnie jednak jeden z jej podgatunków – właśnie wspomniana wcześniej postapokalipsa. Ukazuje on świat po (najczęściej nuklearnej) katastrofie. Świat, gdzie człowiek  utracił swoją moc panowania nad planetą - gdzie jest skazany na ciężką pogodę i niebezpieczne zwierzęta, wręcz potwory powstałe na skutek mutacji. Choć z pozoru takie wizje są daleko odbiegające od rzeczywistości, wcale tak nie jest. McCarthy w Drodze przedstawił świat zniszczony przez drugiego człowieka. Bo czy już teraz nie zmagamy się z wojnami, głodem i cierpieniem? Ogromne i brutalne wojny światowe co prawda są już dla nas przeszłością, jednak wciąż są kraje dotknięte wojnami domowymi i kryzysami. Nie mówi się o tym głośno, ponieważ nie odczuwa się potrzeby, by ingerować w sprawy innych krajów. W wielu biedniejszych rejonach świata widoki mogą być łudząco podobne do tych opisanych przez McCarthy’ego na kartach powieści. A przecież jest to dzieło fantastyczne, nierealne, ukazujące tylko i wyłącznie fikcję… Chociaż po dłuższej refleksji mogą pojawić się swego rodzaju wątpliwości co do tego, czy postapokalipsa jest tak odległa od naszej codzienności. Szczególnie przez konflikty zbrojne oraz rozwój broni nuklearnej.

Mimo wszystko, Droga to tak naprawdę historia opowiadająca o głębokiej relacji ojca z dzieckiem. Książka ukazuje ogromne uczucie i zaufanie, jakim dwoje bohaterów darzy siebie nawzajem. Jest to opowieść zarówno o poświęceniu na rzecz drugiej osoby, jak i sile rodzicielskiej miłości, potrafiącej przetrwać nawet w najtrudniejszych warunkach. Można ją odczytywać w znaczeniu dosłownym - jako historię o bliżej nieokreślonej przyszłości zniszczonej przez wiele czynników, lub jako opowieść o tym, co już teraz jest w naszym świecie obecne. McCarthy napisał bohaterów z głębią psychologiczną, postacie niewątpliwie wiarygodne i mogłyby zostać spotkane przez czytelnika w prawdziwym życiu. Ich losy poruszają i ukazują, co jest w stanie zrobić człowiek, który martwi się o życie bliskich mu osób. Ojciec z każdą napotkaną przez nich po drodze osobą zaczyna być coraz bardziej przerażony degeneracją i powolnym upadkiem człowieczeństwa. Zupełnym przeciwieństwem jest jego syn, który nieustannie trwa przy iskierce nadziei i każde ze spotkań utwierdza go w przekonaniu, że mimo wszystko nie jest aż tak źle. Pragnie pomagać każdej napotkanej osobie (nawet jeśli już martwej) i ma w sobie ogromne pokłady empatii. To właśnie dziecko jest powodem, dla którego chory ojciec jeszcze trzyma się życia.  Uważa, że jego misją jest zapewnienie mu bezpieczeństwa i warunków tak dobrych, jak tylko można w tych ciężkich czasach osiągnąć. Przy tym pragnie go nauczyć jak najwięcej o otaczającym ich świecie, nawet jeśli jest to dla ojca znającego dawny wygląd rzeczywistości bardzo ciężkim doświadczeniem.

               Użyty przez autora styl powoduje, że całokształt historii wydaje się przez to zimny i dosadny, jednak ostatecznie idealnie współgra to z wizją przedstawioną przez McCarthy’ego. Lektura mimo wszystko do najprostszych nie należy - głównie ze względu na emocje, które pojawiają się podczas czytania. Chociaż styl nie jest szczególnie skomplikowany, klimat powieści sam w sobie może okazać się zbyt przygnębiający, by książkę w całości przeczytać od razu. Zdania są krótkie, suche, brak w nich patosu i niepotrzebnych ozdobników. Również dialogi są wplecione jakoby w środek historii, nie są zapisane od myślników, a także brakuje w nich nakierowania na emocje odczuwane przez bohaterów. Pozostawia to miejsce do własnej interpretacji, nawet jeśli bezuczuciowość narracji jedynie pogłębia wszechobecną i przygnebiającą atmosferę stworzoną przez autora. Bowiem świat w Drodze jest cichy i pusty, a przez to zarazem na swój sposób spokojny. Ludzie zdążyli pogodzić się ze swoim losem, nawet jeśli nieustannie starają się pokonać każdą z kolejnych przeszkód. Wiedzą, że nie ma dla nich nadziei, jednak starają się żyć jak najbardziej normalnie. Nawet jeśli z niektórych w tej ciężkiej sytuacji powoli zaczyna znikać całe człowieczeństwo.

               Swoją wersję Drogi starał się stworzyć Peter Heller w Gwiazdozbiorze psa. Niestety na chęciach - oraz nawiązaniem do ów tytułu na okładce polskiego wydania- się skończyło, bowiem nieco bardziej współczesna (wydana w 2012 roku) wizja nie przemawiała do czytelników w tak ogromnym stopniu, jak ta ukazana przez McCarthy’ego. Peter Heller stworzył bohatera podróżującego z psem - zamiast dzieckiem - po świecie wyniszczonym przez epidemię grypy. Niestety jednak im dalej w las, tym zaczyna robić się coraz gorzej. To, co w Drodze szokowało i poruszało, w Gwiazdozbiorze psa okazywało się  nużące i przesadzone. Motywacje bohatera (poszukiwanie miłości) w starciu z McCarthym również wydają się zadziwiająco się płytkie. Brak w tym większej głębi. Ciężko przywiązać się do protagonisty. Było to spowodowane faktem, iż styl autora okazał się o wiele gorszy (pomimo podobnej obojętności w słowach narratora), a celowy brak interpunkcji drażnił podczas pierwszego zetknięcia z tymże tytułem. Mimo, iż Heller poruszał w swojej powieści ważne tematy, zetknięcie z Drogą zdecydowanie obniża jej rangę. Podejrzewam, że gdyby Gwiazdozbiór psa został napisany nieco sprawniej, wspominałabym go o wiele lepiej. Tak się niestety nie stało.

               Kreacja świata, ukazanie problematyki, wiarygodni bohaterowie, a także prosty, jednak idealnie dopasowany do historii styl to czynniki, które spowodowały, że o Drodze nie da się zapomnieć. To ciekawe spojrzenie na powieść o wędrówce przez wyniszczony świat. Miejsce, które może okazać się za kilka, kilkanaście lat naszą rzeczywistością. McCarthy ukazuje, co może nas czekać, jeśli nie zaczniemy dbać o Ziemię, a także siebie nawzajem. Pokazanie kontrastu między sceptycznym, zamkniętym w sobie ojcem oraz ufnym, empatycznym synem pokazuje, że pomimo wielu znaczących różnic i tak można darzyć siebie ogromnym uczuciem. Autor zmusza też do refleksji nad otaczającym nas światem, co powoduje, że zaczynamy cieszyć się z tego, co mamy na co dzień. Pomimo swojej niewielkiej objętości całość wywołuje ogromne emocje i porusza. Nic więc dziwnego, że Droga prędko stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych powieści postapokaliptycznych. Nie jest ona bowiem wyłącznie rozrywkowa, nie doświadczy się w niej sensacyjnych scen rodem z filmów z serii Mad Max (nawet jeśli sceneria i estetyka ów podgatunku niejednokrotnie wydają się bardzo podobne).  To powolna opowieść o ogromnym uczuciu oraz wielkiej woli przetrwania, ukazująca zarazem otaczający nas świat pod przykrywką stricte rozrywkowego i prostego w odbiorze postapo. 

Wydawnictwo: Literackie
Autor: Cormac McCarthy
Tłumaczenie: Robert Sudół
Ilość stron: 217
Cena okładkowa: 34,90 zł
Złodziej z zasadami, czyli ,,Dżentelmen włamywacz"

Złodziej z zasadami, czyli ,,Dżentelmen włamywacz"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧

    Postać Arsene Lupina zyskała drugą młodość niewątpliwie dzięki francuskiemu serialowi Netflixa. Fani na całym świecie oczekują na powrót swojego ulubionego, chociaż książkowym pierwowzorem jedynie inspirowanego, bohatera. Mnie jakimś cudem ta mania ominęła szerokim łukiem. Dałam Lupinowi szansę, jednak poza pierwszy odcinek nawet nie wyszłam i nieszczególnie pragnęłam, by się w ten twór dalej zagłębiać. Zupełnie inaczej było z książką. Chciałam sprawdzić, jaki bohater stał się inspiracją dla twórców tak popularnego i chętnie oglądanego serialu. Klasyczne kryminały lubię, dlatego podejrzewałam, że i opowiadania Leblanca przypadną mi do gustu. Czy tak faktycznie było? Cóż... poniekąd tak. Nawet jeśli czasem pojawiały się pewne zgrzyty.

    Arsene Lupin to złodziej jakich mało. Okrada wyłącznie zbirów i bogaczy, wymierzając w ten sposób sprawiedliwość. Dodatkowo jest elegancki, bezczelny, szarmancki i swoim urokiem osobistym potrafi skraść niejedno serce. O fabule jednak nie warto się rozdrabniać, bowiem wydana przez Wydawnictwo Zysk i S-ka książka jest po prostu zbiorem kilku opowiadań o tymże bohaterze. Historie nie są szczególnie długie i skomplikowane, lecz dzięki nim można bardzo dobrze poznać Lupina oraz tok jego myślenia. Czytelnik ma bowiem szansę, by przeczytać o sytuacji, która zmusiła nietypowego rabusia do właśnie takiego postępowania i poniekąd ukazującej motywy jego działań.

    Nawet jeśli to Lupin powinien być dla nas antagonistą, po pewnym czasie można zacząć szczerze darzyć go sympatią. Jest to naprawdę inteligentny i sprytny mężczyzna, dlatego nic dziwnego, że tak wiele pojawiających się w opowiadaniach kobiet zaczynało tracić dla niego głowę. Chociaż jego czyny nie są prawnie poprawne, z moralnego punktu widzenia zaczyna się mu kibicować. Jest przecież postrachem chciwych i wyjętych spod prawa bogaczy. Arsene Lupin to francuski XX-wieczny Robin Hood i tego ukryć nie można. Nie jest to aczkolwiek wada. Wrecz przeciwnie! Na pewno każdy z nas zna (i być może lubi) historie o walczącym z bogaczami bohaterze, co czyni opowiadania Leblanca ciekawym spojrzeniem na znany już motyw.

    Styl autora jest prosty, jednak na swój sposób urokliwy, a fabuły same w sobie nie są szczególnie zaskakujące. To książka idealna na przerywnik między innymi, być może cięższymi tytułami. Jest w niej humor, a i ukazane w Dżentelmenie włamywaczu przygody Arsene Lupina są przyjemne w odbiorze. Nie brakuje w nich także akcji. Opowiadania oczywiście można czytać z przerwami, lub też od razu na raz -  wszystko zależy od własnych preferencji. To lekka lektura, przy której można bawić się naprawdę dobrze, więc i sposób jej odbioru nie jest najważniejszy. Jeśli przewidywalność niektórych zachowań nie stanowi dla Ciebie wady w tego typu książkach, w świecie Lupina odnajdziesz się dość łatwo.

    Chociaż książka faktycznie ma wiele pozytywów, a elegancki złodziej ma w sobie wiele uroku, ja chyba i tak pozostanę fanką perypetii Sherlocka Holmesa oraz bohaterów wykreowanych przez Agathę Christie. Angielskie klimaty o wiele bardziej do mnie przemawiają, nawet jeśli Paryż również okazuje się ciekawym miejscem akcji, a szarmancki antybohater niejednokrotnie potrafi rozbawić i zaskoczyć. Leblanc mimo wszystko stworzył historię ciekawą, wciągającą, lekką oraz pełną akcji i humoru. Gdy nie podchodzi się do niej ze zbyt wielkimi wymaganiami, nawet zabieg deus ex machiny nie wydaje się aż tak nachalny. Zresztą, piękne wydanie wiele rekompensuje. Dla fanów klasycznych kryminałów to lektura obowiązkowa. 

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Maurice Leblanc
Tłumaczenie: Elżbieta Derelkowska
Ilość stron: 312
Cena okładkowa: 34,90 zł
Premiera: 05.05.2021


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Copyright © 2014 Popkulturka Osobista , Blogger