Angielska wycieczka, czyli ,,Trzech panów w łódce (nie licząc psa)"

Angielska wycieczka, czyli ,,Trzech panów w łódce (nie licząc psa)"

✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧


    Angielski humor od zawsze wydawał mi się intrygujący i dość nietypowy. Cóż, zapewne dlatego też prędko stał się jednym z moich ulubionych.
O Trzech panów w łódce (nie licząc psa) wiedziałam już wcześniej, jednak nigdy nie miałam okazji, by po nią sięgnąć. Słysząc o nowym wydaniu, postanowiłam w końcu się przełamać i przekonać się, czy faktycznie jest to historia godna uwagi. Zwłaszcza, że recenzje zbierała raczej pozytywne, co jedynie jeszcze bardziej wzbudziło moją ciekawość...
Czy podróż Tamizą w towarzystwie trzech naprawdę urokliwych dżentelmenów-hipochondryków, a także ich psa ostatecznie była udana? Wydaje mi się, że można tak powiedzieć. Jedno jest jednak pewne - niewątpliwie należała do dosyć nietypowych. 

    Fabuła do skomplikowanych nie należy - trójka londyńczyków postanawia wybrać się w dwutygodniową podróż łodzią po Tamizie. Bo co lepiej odpręży po niezwykle ciężkiej pracy, jeśli nie przyjemna, morska przygoda w wyborowym towarzystwie? Zwłaszcza, że na pokładzie łodzi opowiadane są naprawdę ciekawe anegdotki...
    Nie będę ukrywać, że książka od razu skradła moje serce. Okazała się być niezwykle urocza  oraz rozczulająca. Idealnie wpasowywała się w jesienne siedzenie pod kocem oraz picie herbaty z cytryną i miodem. Bo czy jest coś lepszego od czytania zabawnych opowiastek, gdy za oknem pada deszcz? Oczywiście, że nie. I dlatego też Trzech panów w łódce (nie licząc psa) okazało się idealnym lekarstwem na wszechobecną chandrę. Co prawda niektóre gagi nie były najwyższych lotów, jednak mnie i tak bardzo przypadły do gustu. Są to w głównej mierze absurdalne żarty sytuacyjne - tak jak na dobrą, typową angielską komedię przystało.
   Nie ukrywam, że czasami zbyt często utożsamiałam się z narratorem! Nawet nie wiem, czy to dobrze. Ale cóż, mimo wszystko ucieszyłam się, że nie tylko ja jestem zadziwiająco marudnym i posiadającym nietypowe życiowe perypetie człowiekiem. Najwidoczniej mam w sobie coś z Anglika.
    
Stale odnoszę wrażenie, iż robię więcej niż powinienem. Nie znaczy to, że mam wstręt do pracy-proszę dobrze mnie zrozumieć. Lubię pracować, a nawet palę się do roboty. Praca tak mnie urzeka, że mogę całymi godzinami siedzieć i patrzeć na nią.

     Wiele anegdotek odsłania jednak naszą prawdziwą twarz. Autor pokazał, że sporo w nas hipokryzji, a pod przykrywką ciężkiej pracy zajmujemy się błahymi sprawami. To historia pozornie zabawna, jednak po nieco głębszej analizie odnaleźć można w niej drugie dno. No, a w dodatku to naprawdę świetny przewodnik po Londynie! To właśnie tym miała być ta książka, nim autor kompletnie zmienił jej koncept. W wielu opisach niektórych z londyńskich atrakcji słychać echa pierwotnego zamysłu. Ale to akurat bardzo dobrze. Dodaje to historii wiele uroku i klimatu. 
    Książka nie zostanie jednak moją ulubioną. Była bardzo przyjemna, jednak ostatecznie nie okazała się szczególnie intrygująca. To po prostu lekka, dość przyjemna historia, przy której można poprawić sobie nieco gorsze samopoczucie. 

    Mimo wszystko, Trzech panów w łódce (nie licząc psa) uznaję za książkę bardzo udaną. Powinna przypaść do gustu każdemu fanowi angielskiego humoru. Jest również niezbyt długą opowiastką o naszej prawdziwej naturze. Zdecydowanie należy do klasyków literatury, dlatego warto o niej pamiętać. Ja zdecydowanie polecam - zwłaszcza, że wydawnictwo Zysk i S-ka przygotowało dla niej naprawdę ładne i dobrze się prezentujące na półce wydanie!

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Jerome K. Jerome
Tłumaczenie: Tomasz Bieroń
Ilość stron: 254
Cena okładkowa: 29 zł
Premiera (tego wydania): 22.09.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Egzystencjalna podróż w głąb siebie, czyli ,,Saturnin"

Egzystencjalna podróż w głąb siebie, czyli ,,Saturnin"

✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧


    Nie będę ukrywać, że czytałam wyłącznie jedną książkę Jakuba Małeckiego. Zachwyciła mnie ona jednak na tyle mocno, że postanowiłam pozostać z tym autorem i poznać więcej jego dzieł. Słyszałam, że niektóre motywy oraz wątki z jego książek są powtarzalne. Być może. Jednak co to za wada, skoro w tychże tytułach panuje naprawdę magiczny, niepowtarzalny i intymny klimat? Nie potrafiłam się od Saturnina oderwać i powiem to już na samym starcie. Jakub Małecki zabrał mnie w niesamowitą podróż, do której wciąż często wracam myślami. I mam nadzieję, że Wy również się w nią wybierzecie. Naprawdę warto.

Książka opowiada o wiodącym monotonne życie w Warszawie Saturninie. W ciągu trzydziestu lat nie zdążył porządnie ułożyć swojego życia i wciąż stara się pogodzić ze swoją przeszłością. Harmonię i ład przerywa jednak dzień, w którym okazuje się, że jego dziadek nagle zaginął. Od razu wyrusza w rodzinne strony i rozpoczyna poszukiwania. Powrót do dawnego domu zmusza go jednak do refleksji, a także powrotu do młodości. Młodości, w której brakowało ojca, a także przepełnionej pasją do podnoszenia ciężarów. Ów pasja miała mu pomóc w walce z samotnością i nieśmiałością. Jednak czy aby na pewno tak było? Czy cokolwiek to dało? Ciągły brak wsparcia ze strony najbliższych nie był prosty do zniesienia. Szczególnie wtedy, gdy jest się wyłącznie wrażliwym nastolatkiem. Ale nie tylko Satek jest głównym bohaterem książki... Saturnin to historia złożona, wielopokoleniowa. Łącząca się jednakże w spójną, sensowną całość.
    Uwielbiam język, jakim posługuje się Jakub Małecki. Nie używa skomplikowanych słów, a jednak każde zdanie jest przemyślane i idealnie wyważone. Wszechobecna subtelność sprawia, że przez całość przechodzi się niezwykle gładko, nawet jeśli autor porusza naprawdę ciężkie, aczkolwiek niewątpliwie ważne tematy. W powieści panuje niezwykle magiczny i niepowtarzalny klimat. Rzeczywistość łączy się z fikcją i czasem ciężko ocenić, co wydarzyło się naprawdę, a co było wyłącznie pozorne. Wszystko jest jednak dzięki temu jeszcze ciekawsze i trudno jest się od książki oderwać. Gdy tylko wkroczy się do rzeczywistości Saturnina, pozostaje się w niej do momentu przeczytania ostatniej strony. 

Wszystko przez ten codzienny pęd. Nic się nie dzieje, a jednocześnie na nic nie ma czasu.

    To historia o zwykłych ludziach, mających na głowie swoje własne problemy. Każdy z nas może odnaleźć w Saturninie coś z siebie i dla siebie. Postacie są na tyle różnorodne, że utożsamić można się w pewnym stopniu z dosłownie każdym. Mnie osobiście najprzyjemniej śledziło się wątek dotyczący Saturnina, aczkolwiek pozostałe były równie intrygujące. Po prostu poczułam do tego wrażliwego, piegowatego chłopaka ogromną sympatię i kibicowałam mu do samego końca książki.  
Jakub Małecki porusza również problematykę pamięci o przodkach i kultywowania rodzinnych tradycji. Pokazał, jak ważna jest znajomość naszej przeszłości i historii, gdyż niewątpliwie wiele można z niej wyciągnąć. To naprawdę dobra, wartościowa nauka i cieszę się, że tego typu wątek pojawił się w książce.

    Reasumując cały mój wcześniejszy wywód - Saturnin to książka magiczna i niewątpliwie intrygująca. Jest napisana prostym językiem, dzięki czemu czyta się ją bardzo dobrze, jednak i tak pomimo tego posiada iście poetycki wydźwięk. Jakub Małecki tworzy historie nietypowe i niezwykle poruszające. Kreuje bohaterów stosunkowo zwyczajnych, aczkolwiek i tak na swój sposób niepowtarzalnych. To na pewno nie będzie moje ostatnie spotkanie z tym autorem. Kolejny raz zatraciłam się  jego wrażliwym, nietypowym świecie i mam nadzieję, że zdarzy się to jest wiele razy. Zdecydowanie  i z czystym sercem polecam. 

Wydawnictwo: SQN
Autor: Jakub Małecki
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera (tego wydania): 16.09.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu SQN





Zbrodnia z morałem, czyli ,,Szaniec"

Zbrodnia z morałem, czyli ,,Szaniec"


✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧


    Coraz częściej spotkać się można ze zjawiskiem zmiany pisanego przez autora gatunku z literatury obyczajowej na kryminał lub thriller „Szaniec" był obiecująco się zapowiadającym debiutem kryminalnym (autorka ma już bowiem na swoim koncie kilka książek obyczajowych), a ja nie mogłam się doczekać, aż w końcu po niego sięgnę. Szczególnie, że od dłuższego czasu nie czytałam kryminału osadzonego w polskich realiach (a ja takie książki jeszcze niedawno wręcz uwielbiałam). Jednak jak to wszystko tak naprawdę wyszło? Czy książkę Agnieszki Jeż wpiszę na listę swoich ulubionych? Przykro mi to stwierdzić, jednak raczej nie. Jest to historia dobra, jednak najzwyczajniej w świecie czegoś mi w niej zabrakło...

Tytułowy Szaniec to ekskluzywny hotel, w którym przeżyć można dość nietypowe wakacje. Każdy z uczestników turnusu zostaje odcięty od świata, a także nie wie o innych niczego poza imieniem. Jak mówi hasło reklamowe - jest to idealne miejsce, by zajrzeć w głąb siebie. Cóż, niestety nie każdy wykorzystuje tego typu sytuację, by faktycznie się odstresować i zrelaksować. W pensjonacie dochodzi do zabójstwa jednego z uczestników - księdza Daniela Hryciuka. Jest to morderstwo z morałem, gdyż zabójca pozostawia przy ciele kartkę z biblijnym cytatem. Kto tak naprawdę zabił? Jaki był motyw? Na to pytanie odpowiedzieć próbuje sierżant Wiera Jezierska i komisarz Kosoń. Wraz z przebiegiem śledztwa na jaw zaczyna wychodzić mroczna przeszłość duchownego. Co tak naprawdę skłoniło mordercę do wymierzenia kary? Nie wszystko jest takie kolorowe, na jakie wygląda, a nawet najbardziej szanowana osoba może okazać się zwyczajnym zwyrodnialcem.
       Podobało mi się to, iż autorka poruszyła dosyć ważny i w obecnych czasach coraz częściej się pojawiający temat pedofilii w kościele. Bardzo dobrze, że mówi się o tego typu sprawach, aczkolwiek wszechobecność publikacji dotyczących tej tematyki może spowodować, że ,,Szaniec" zginie pośród wielu podobnych fikcyjnych historii. (A może ja się mylę i będzie zupełnie odwrotnie?) Mimo wszystko, w książce poruszane są również inne problemy - na przykład skutki dorastania w dysfunkcyjnej rodzinie. Niestety, pomimo ważnej tematyki historia nieszczególnie mnie wciągnęła. Nie odczuwałam szczególnego napięcia, bohaterowie byli mi stosunkowo obojętni, a nieco chaotyczny styl autorki niekoniecznie mnie do siebie przekonał. A szkoda, bo wszystko mogło być naprawdę bardzo dobre. 

„Do mnie należy pomsta, ja wymierzę zapłatę”

      Chociaż historia ma niewątpliwie swoje mniejsze lub większe minusy, ,,Szaniec" i tak jest bardzo dobrym debiutem kryminalnym. Zbrodnia (choć nieco sztampowa) jest przemyślana, a każdy z bohaterów ma swój unikalny charakter. Sierżant Wiera oraz komisarz Kosoń to duet nieprzewidywalny oraz ogromnie się od siebie różniący. Dzięki temu jednak bardzo dobrze się dopełniają i z przyjemnością czyta się sceny z ich udziałem. 
Akcja dzieje się  powoli, więc jeśli ktoś poszukuje historii, w której trup ściele się gęsto, a morderstwa są brutalne - lepiej sobie darować i sięgnąć po coś innego. ,,Szaniec" to książka o demonach przeszłości oraz tym, jaki wpływ ma na człowieka to, co przeżył w młodości. Nawet jeśli nie jest to najbardziej ekscytujący kryminał i thriller, warto jest dać autorce szansę.
Mnie osobiście całokształt podobał się raczej średnio (ze względu na momentami dość chaotyczny styl autorki oraz przewidywalną fabułę), jednak nie zmienia to faktu, że i tak książkę polecam. Życzę Agnieszce Jeż jak najlepiej i jestem pewna, że jej kolejne kryminały będą jeszcze lepsze. ,,Szańca" nie odradzam, ani też jakoś szczególnie nie polecam. To przyjemna książka z nieco cięższym, kontrowersyjnym motywem.


Wydawnictwo: Burda Książki
Autor: Agnieszka Jeż
Ilość stron: 384
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera (tego wydania): 02.09.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Burda Książki



Opowieść o wielkich mózgach, czyli ,,Galapagos"

Opowieść o wielkich mózgach, czyli ,,Galapagos"


     ✧・゚: *✧・゚:*    *:・゚✧*:・゚✧
  
      Choć Galapagos być może nie jest szczególnie rozpoznawalną książką Vonneguta, mnie to jak zwykle w żaden sposób nie powstrzymało przed sięgnięciem po nią. Autor ten już od dawna jest moim niewątpliwym faworytem i (przynajmniej do tej pory) każda jego powieść zawsze wywołuje u mnie uśmiech i poprawia humor, nawet jeśli porusza ciężką tematykę. Jednak czy tym razem było podobnie? Czy podróż na pokładzie statku "Bahia de Darwin" wspominać będę równie ciepło, co inne przygody przeżyte z bohaterami innych  książek Vonneguta? Podejrzewam, że tak. Galapagos być może nie zachwyciło mnie w ten sam sposób, co chociażby Syreny z Tytana lub Matka noc, aczkolwiek i tak uważam ją za naprawdę wartościową.  Co jednak niestety niekoniecznie wypaliło?

Było tak:
Czytelnik wybiera się wraz z duchem syna znanego autora powieści science-fiction w szaloną,  trwającą aż milion lat podróż. Narratorem i naszym przewodnikiem jest Leon Trout, który zmarł podczas budowy statku wycieczkowego "Bahia de Darwin". Jest świadkiem naprawdę wielu szalonych wydarzeń, a także dokonuje obserwacji na temat ewolucji i zachowań człowieka. Bohaterów książki jest naprawdę wielu, jednak łączy ich jedno - są uczestnikami "Przyrodniczej Wyprawy Stulecia", która raz na zawsze odmieni ich życie. Statek wycieczkowy, na którym udali się na wyspy z archipelagu Galapagos stał się zupełnie nową Arką, a oni wszyscy Adamami i Ewami, od których zależeć będzie przyszłość całego gatunku. Tajemniczy wirus bezpłodności zaatakował ludzkość i tylko tej nietypowej grupie osób z zupełnie rożnych światów udało się go uniknąć. Jak więc potoczy się ich niesamowita, dosyć długa przygoda?
      Nie ma co ukrywać, że nie jest to książka najprostsza i najprzyjemniejsza w odbiorze, nawet jeśli Vonnegut ponownie chwali się lekkością swojego pióra oraz niezbyt skomplikowanym stylem. Nie zmienia to jednak faktu, iż bohaterów jest wielu, a wydarzenia nie są poukładane chronologicznie, przez co niejednokrotnie można się we wszystkim pogubić. Mimo wszystko, nie jest to coś nowego w twórczości Vonneguta. Każdy jego fan powinien doskonale wiedzieć o tym, iż ten autor uwielbia bawić się treścią oraz słowem, a mieszanie w głowie czytelnika nie jest dla niego czymś nowym. Galapagos nie jest jednak książką, od której warto zaczynać swoją przygodę z dziełami tegoż amerykańskiego pisarza. Chociaż po pewnym czasie zaczyna robić się przejrzysta i łatwiejsza w odbiorze, można się przez te wszystkie dziwactwa zrazić. Szczególnie, że jest ich dosyć sporo...


- Chłopcze - powiedział ojciec - pochodzisz z długiej linii stanowczych, zaradnych mikroskopijnych kijanek, z których każda wygrała swój wyścig.


      Głównym tematem książki jest jednak ironiczne przedstawienie teorii głoszonych przez Karola Darwina, a także rozważania co do teorii ewolucji. Vonnegut podchodzi do ludzkiego gatunku dość krytycznie i przedstawia wszystkie mankamenty naszych wielkich mózgów. Fakt, iż jest to opowiastka z elementami science-fiction pozwala na naprawdę wiele swobody i kreatywnego wykorzystania miejsca i czasu akcji. Co jakiś czas pojawiają się ciekawe cytaty wybitnych ludzi, które są opowiadane przez znajdującego się na statku robota. Jest to naprawdę ciekawe urozmaicenie i dodaje całej historii wiele uroku.
 Ludzie z retrospekcji na retrospekcję coraz bardziej się zmieniają, a opowieść przedstawia kruchość i niedoskonałość ludzkiej egzystencji. Ukazuje absurdy oraz wpływ niektórych wydarzeń na naszą codzienność. Wszystko jest utrzymane w (jak to już u tego autora bywa) słodko-gorzkim klimacie, jednocześnie bawiącym, a także zmuszającym do refleksji i przemyśleń nad tym, co dzieje się w naszym codziennym życiu. Zwłaszcza, że po ponad trzydziestu latach powieść ani trochę się nie zestarzała...

   Galapagos jest historią niewątpliwie intrygującą, aczkolwiek niestety nieco cięższą od poprzednich książek Kurta Vonneguta. Gdy już się jednak uda przywyknąć do ogromu bohaterów oraz nieco poplątanej chronologii, historia jest naprawdę poruszająca oraz dająca do myślenia. Polecam tę książkę mimo wszystko osobom, które miały z twórczością autora do czynienia. Jest to historia nieco zawiła, dlatego też wiele osób może się zniechęcić do innych tytułów Vonneguta.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Dariusz Józefowicz
Ilość stron: 400
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 14.07.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

O uczuciu pokonującym traumę (przynajmniej w teorii), czyli ,,Wdech"

O uczuciu pokonującym traumę (przynajmniej w teorii), czyli ,,Wdech"




        Na książki osób związanych z Wattpadem zawsze patrzyłam z pewną zazdrością. Niegdyś sama pragnęłam, by moje wypociny i średniej jakości fanfiki z gier i Harry'ego Pottera zostały zauważone, docenione i być może nawet po jakimś czasie wydane... Ale nawet na początku mojej (dość krótkiej zresztą) przygody z pisaniem, dostrzegłam, że na tej pełnej przeróżnych opowieści stronie, zdecydowana większość publikowanych tekstów do wysokojakościowych nie należy. Dlatego właśnie postanowiłam więcej tej strony nie zaśmiecać i zajęłam się czymś zupełnie innym (również niepotrzebnie zaśmiecającym Internet). Mimo wszystko, zawsze byłam ciekawa, czy książki autorów znanych z Wattpada są aż tak dobre, by je wydawać. A że ciekawość to pierwszy stopień do piekła... Po lekturze Wdechu dowiedziałam się wszystkiego, co chciałam wiedzieć. Więcej sprawdzać nie będę.

        Lena zmaga się z ogromnym problemem. W dniu siedemnastych urodzin została zaatakowana przez nieznanego napastnika, przez co obecnie nie potrafi zaufać obcym i nieznajomym mężczyznom. Jakby tego było mało, nawiedzają ją też koszmary, które jedynie utrudniają jej normalne funkcjonowanie. W radzeniu sobie z problemami pomaga jej chłopak, Paweł, a także bliskie przyjaciółki. Stabilna i (teoretycznie) spokojna codzienność zmienia się, gdy pewnego dnia w życiu Leny pojawia się przystojny i tajemniczy Adam, który od razu wpada jej w oko i niespodziewanie zaczyna na nią wpadać... Młoda studentka ma przez to mętlik w głowie i nie wie, jak ma się zachować. Powoli dostrzega, że tak naprawdę nie jest w swoim obecnym związku szczęśliwa, a Paweł ma wiele wad. Czy Lena będzie w stanie zostawić swojego ukochanego dla nowo poznanego, niezbyt grzecznego, jednak na pewno potrafiącego się nią zająć mężczyzny? A może pozostanie wierna swojemu chłopakowi i powstrzyma nadciągającą coraz bliżej lawinę niefortunnych wydarzeń? Jedno jest pewne - Adam swoją obecnością niewątpliwie namiesza w obecnym, dość ułożonym życiu dziewczyny...

       Książka jest nijaka. Po prostu. Mam co do niej bardzo, bardzo mieszane uczucia i nie potrafię dostrzec wszystkich zalet, które wymieniają w swoich opiniach inni czytelnicy. Po opisie oczekiwałam książki skupiającej się w większym stopniu na psychice głównej bohaterki i jej walce z ciężką przeszłością, a ostatecznie dostałam romans z typowym trójkątem miłosnym oraz delikatnym zabarwieniem erotycznym (co nieszczególnie mi się w tym wszystkim podobało). Ten sam opis zwiastował również, że tajemniczy Adam będzie prawnikiem, a po przeczytaniu całej książki w ogóle nie odczułam, że tak było. Czyżbym czytała inną książkę, a ten prawnik mi się jedynie przyśnił? Tego nie potrafię zrozumieć.

Styl autorki niewątpliwie jest przyjemny, jednak w moim odczuciu było w nim zbyt wiele potocyzmów, co spowodowało, że nie wszystkie fragmenty dobrze mi się czytało. A już zwłaszcza te, gdzie przyjaciółki były razem. Ich potyczki słowne były po prostu dziecinne i czasami nie potrafiłam się zmusić, by brnąć dalej. A szkoda, bo był ogromny potencjał na coś ciekawszego. Zwłaszcza, że Kamila Mikołajczyk ma talent do tworzenia lekkich, przyjemnych do czytania historii.

       Bohaterowie byli niesamowicie irytujący i większą sympatią nie obdarzyłam żadnego z nich. Lena zadziwiała mnie swoimi dziwnymi wyborami i fochami (a także traumą, która pojawiała się i znikała w przypadkowych momentach, zależnie od potrzeb fabuły), Paweł to seksoholik, którego jedyną cechą charakteru jest miłość do siłowni oraz swojej dziewczyny, a Adam był najzwyczajniej w świecie nijaki, choć na pewno w całym zestawie postaci był najciekawiej skonstruowany i zaplanowany. Niestety jego relacja z Leną też była wyjątkowo nieangażująca i trudno było poczuć jakąkolwiek głębszą chemię. A przecież na tym opiera się całokształt historii?

      Krótko mówiąc, raczej nie sięgnę po następne części trylogii. Wdech pokazał, czego mogę się po trylogii spodziewać i niekoniecznie mnie ta wizja zachęca. Jest to książka z dobrym pomysłem, jednak o wiele gorszym wykonaniem. Autorka ma lekki styl, dzięki czemu historię czyta się dość przyjemnie, jednak co to za radość z zagłębiania się w lekturę, skoro bohaterowie są denerwujący, a fabuła niezbyt wciągająca? Jeśli jednak ktoś lubi niewymagające historie miłosne, Wdech może się okazać bardzo dobrym wyborem. Ja nie odradzam, jednak też szczególnie nie polecam.

Wydawnictwo: Editio
Autor: Kamila Mikołajczyk
Ilość stron: 280
Cena okładkowa: 39,90 zł
Premiera: 06.05.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Editio
Ciemna strona Katowic, czyli ,,Chemik"

Ciemna strona Katowic, czyli ,,Chemik"




         Jak już niejednokrotnie wspominałam, lubię sięgać po debiuty, gdyż zawsze jestem ciekawa nowych autorów. Właśnie takim debiutem była zeszłoroczna Wina, którą wspominam dość dobrze i pamiętam, że oceniłam ją zadziwiająco pozytywnie. To właśnie takie pozytywne wspomnienia spowodowały, że gdy tylko dostrzegłam informację o nadchodzącej kontynuacji, nie powstrzymywałam się przed sięgnięciem po nią ani przez moment. Niestety po kilku pierwszych stronach okazało się, że mój zapał zniknął równie szybko, jak się pojawił... Wygląda na to, że mój gust czytelniczy zdążył się w ciągu kilku miesięcy bardzo zmienić. A może po prostu dostrzegłam błędy, które przy Winie mi jakoś umknęły? Możliwości jest naprawdę sporo, jednak niestety muszę przyznać, że Chemik na pewno nie będzie moim tegorocznym książkowym ulubieńcem. Nie był zły, jednak zabrakło mi w nim czegoś więcej...

       Akcja książki dzieje się w Katowicach, gdzie pewnego wieczoru życie odbiera sobie młody i utalentowany student chemii. Jednak czy aby na pewno było to samobójstwo? Krążą opinie, że chłopak tak naprawdę nie wypadł z balkonu, a został z niego zepchnięty... Sprawą zajmuje się komisarz Sabina Trzmiel oraz jej nowy partner, Andrzej Świerczewski. Kobieta musi również pogodzić pracę z walką z samotną i ciężką codziennością. Jak jej to wyjdzie?
Policjanci podczas poszukiwania odpowiedzi muszą zajrzeć głęboko w trudną przeszłość chłopaka, a także zbliżyć się do środowiska śląskich dilerów oraz... polityków. Sprawa nie jest tak prosta, na jaką na pierwszy rzut oka wygląda, a dotarcie do prawdy okaże się dość trudnym zadaniem. Co tak naprawdę wydarzyło się tej nieszczęśliwej nocy?
         Coś mi niestety w tym wszystko nie pasowało i nie potrafiłam się w tę historię wciągnąć. Podobnie jak w poprzedniej części, styl autora jest lekki i prosty, dzięki czemu książkę czyta się bardzo szybko. Niestety znów wydawał mi się przez to momentami aż nazbyt nijaki. Refleksje i dialogi bohaterów nie należały do szczególnie intrygujących, przez co ciężko było mi wczuć się w ich sytuację. Mimo wszystko, muszę przyznać, że sprawa sama w sobie była o wiele ciekawsza, niż ta przedstawiona w poprzedniej części. Fragmenty dotyczące środowiska dilerów były dość ciekawe, a odkrywanie tajemnic z przeszłości zmarłego studenta niejednokrotnie przywracało mi wiarę w to, że ta książka jeszcze będzie dobra.

Decyzje zostały podjęte. Nie ma powrotu do dawnego, beztroskiego życia.

        Szczerze mówiąc, bardzo brakowało mi Pawła Góralczyka. Zawsze miałam słabość do postaci policjantów z trudną przeszłością, dlatego brak protagonisty z poprzedniej części odrobinę mnie rozczarował. Mimo wszystko, starałam się to jakoś przetrwać i przekonać się do nowych bohaterów. Niestety nikt z przedstawionych mi osób nie wydał mi się szczególnie interesujący i była to dla mnie historia o kompletnie obojętnych mi ludziach. Czegoś mi w ich charakterze zabrakło i nawet niezbyt przyjemna codzienność Sabiny Trzmiel mnie nie zainteresowała... Komisarz była najzwyczajniej w świecie nijaka. A szkoda, bo potencjał był ogromny.
          Podobało mi się jednak zakończenie. Takiego obrotu spraw się nie spodziewałam i byłam pozytywnie zaskoczona, gdy wszystko zaczęło się wyjaśniać. Zamysł na fabułę przypadł mi do gustu i cieszę się, że pełen emocji finał uratował moje spojrzenie na książkę. Autor bardzo dobrze budował napięcie i stworzył niespodziewany, jednak bardzo logiczny i interesujący zwrot akcji. Wierzę, że z biegiem czasu każda kolejna historia Piotra Wójcika będzie jeszcze lepsza od poprzedniej. 

            Chemik to nie jest kryminał wybitny, jednak i tak bawiłam się przy nim bardzo dobrze. Zamysł na fabułę jest intrygujący, styl lekki, a większość wad nie jest aż tak widoczna oraz przeszkadzająca w ogólnym odbiorze książki. To dość przyjemy kryminał dla każdego, kto pragnie odpocząć od nieco cięższych klimatem tytułów. Polecam wszystkim fanom mocniejszych historii osadzonych w polskich realiach.

Wydawnictwo: Dragon
Autor: Piotr Wójcik
Ilość stron: 320
Cena okładkowa: 34,95 zł
Premiera: 25.04.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Dragon
Życie w poczuciu winy, czyli ,,Rysio Snajper"

Życie w poczuciu winy, czyli ,,Rysio Snajper"


      Chyba nie muszę kolejny raz wspominać o mojej miłości do twórczości Kurta Vonneguta. Po jego powieści sięgam nawet w ciemno i zawsze zachwycona jestem lekkością stylu oraz dość nietypową tematyką wszystkich historii. Uwielbiam również wyłapywać nawiązania do innych jego pozycji i coraz bardziej zagłębiać się w tym nietypowym, poruszającym przeróżne tematy uniwersum. Jednak czy Rysio Snajper to historia, która faktycznie skradła moje czytelnicze serce? Już we wstępie mogę zapewnić, że moja podróż po zwariowanym świecie Vonneguta nie dobiegła jeszcze końca i nie mogę się doczekać następnych reedycji przygotowywanych przez Zysk i S-ka. Przecież to klasa sama w sobie. Tutaj w sumie mogłabym zakończyć swoją opinię, no ale jednak tak nie wypada...

    Życie dwunastoletniego Rudy'ego Waltza mieszkającego w Midland City (znanym być może niektórym ze Śniadania mistrzów) ulega diametralnej zmianie, gdy podczas zabawy bronią przypadkiem zabija ciężarną kobietę strzałem między oczy. To też właśnie w tamtym momencie młody chłopak staje się podwójnym mordercą i zyskuje swój pseudonim - Rysio Snajper. Rudy po zrozumieniu, co tak naprawdę się wydarzyło, musi nieustannie radzić sobie z wyrzutami sumienia i coraz większą obojętnością co do otaczającego go świata. Z biegiem (dość ciężkich dla niego) lat staje się  poszukującym spokoju i ucieczki od przeszłości, a także starającym się odpokutować swą winę aseksualistą, który czuje się niezrozumiany nawet przez najbliższe dla niego osoby. Jak będzie przebiegać jego podróż po zakątkach własnej i pełnej paradoksów duszy? Czy Rudy'emu uda się odnaleźć tak bardzo upragniony spokój i przebaczenie za dawne grzechy?
    Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy podczas lektury to zadziwiająco niewiele znanego mi z wcześniejszych książek Vonneguta humoru. Rysio Snajper okazał się być tak naprawdę słodko-gorzką historią o zbrodni i karze, w której uśmiech wywoływany jest raczej przez absurdalność życia głównego bohatera i jego nietypowej rodziny. Klimat stał się przez to nieco ciężki i nostalgiczny, jednak wciąż pełen Vonnegutowskiej ironii i czarnego humoru. A w tym wszystkim nie brakuje też chwili na przemyślenia dotyczące życia...

Do jeszcze nienarodzonych, do wszystkich niewinnych wiązek jednorodnej nicości: strzeżcie się życia.

       Nie jest to książka trudna w odbiorze. Styl jak zwykle jest niesamowicie lekki i przyjemny, choć swoją prostotą potrafi dotrzeć do człowieka i zmusić do autorefleksji. Vonnegut to mistrz subtelności i pod płaszczykiem żarcików oraz ironii przekazuje czytelnikowi prawdę o otaczającym świecie i ludzkiej naturze. Bo Rysio Snajper to tak naprawdę dramat o zabijającej od środka samotności i pragnieniu zmian. Lata mijają, a książki Vonneguta pozostają w takim samym stopniu poruszające i dające do myślenia... choć z pozoru głównie dla społeczeństwa znającego amerykańskie realia. Mimo wszystko, na pewno każdy z nas wyciągnie z jego książek coś dla siebie.

    Zbrodnia i kara Dostojewskiego nie przypadła mi do gustu, choć jest to książka niewątpliwie intrygująca i równie (choć podejrzewam, że nawet i bardziej) poruszająca. Wydaje mi się, że gdyby Dostojewski dodał swej powieści trochę więcej ironii i dystansu do poruszanego tematu, powstałaby historia po wieloma względami przypominająca Vonnegutowską. Może przez to przynajmniej lepiej omawiałoby mi się ją na lekcjach języka polskiego? A to już wyłącznie gdybanie... A już tak na poważnie - Rysio Snajper to świetna satyra przedstawiająca niedoskonałość i kruchość ludzkiej egzystencji. Zdecydowanie polecam, tak jak całą twórczość autora.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Marek Fedyszak
Ilość stron: 312
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 24.03.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Orientalne science-fiction, czyli ,,Pan światła"

Orientalne science-fiction, czyli ,,Pan światła"


      Namaste! Już na samym początku wspomnę, że z kulturą Indii nie mam praktycznie żadnego obeznania. Niby byłam raz w indyjskiej restauracji i obejrzałam Slumdoga,  ale to chyba nie jest zbyt wiele... Nie ukrywam, że głównie przez to mam niejako problem z oceną Pana światła. Z jednej strony jestem pod wrażeniem pomysłu na historię, z drugiej zaś czuję się po lekturze niesamowicie przytłoczona. Nigdy nie interesowałam się wierzeniami hinduistycznymi, dlatego wiele wątków i nawiązań na pewno umknęło mojej uwadze, przez co nie czuję się na tyle kompetentna, by rozpisywać się jakoś szczególnie. Mimo wszystko, Zelazny zdecydowanie należy do klasyków gatunku i jego książki na pewno warto poznać. Również, jakby nie patrzeć, z książką spędziłam prawie tydzień, dlatego (pomimo mojego wewnętrznego rozdarcia), podzielę się opinią. Przynajmniej na temat tego, co z całej książki udało mi się zrozumieć.

      Na skolonizowanej planecie grupa ludzi odnalazła klucz do nieśmiertelności. Rządzą oni nią teraz jako bogowie z hinduistycznego panteonu. W grupie bóstw zjawia się również ktoś, kto jest przeciwny tyranii prowadzonej przez obecną władzę... Jedni uważają go za Buddę, dla kolejnych jest on Mahasamatmanem lub Poskromicielem Demonów. Siebie każe nazywać po prostu Samem. Kto więc zwycięży w walce dwóch odmiennych poglądów? Harmonia czy zniszczenie?
     Choć zamysł niewątpliwie był dobry, wykonanie niestety okazało się niezbyt intrygujące. Początek książki był dla mnie dość trudny i bałam się, że przez niego nie przebrnę. Natłok bohaterów, nietypowy i odrobinę męczący styl oraz niewielka wiedza na temat poruszanej przez autora problematyki spowodowały, że cały mój zapał do czytania zniknął. Jestem jednak niesamowicie uparta, dlatego brnęłam dalej, coraz bardziej przyzwyczajając się do nietypowego klimatu powieści. Ostatecznie okazało się, że być może nie jest to być może książka najprzyjemniejsza, jednak na pewno nietuzinkowa. Jeszcze nie czytałam żadnego sci-fi opowiadającego o bogach pochodzących z hinduizmu! (Zapewne mam po prostu wciąż zbyt nikłe obeznanie w tym gatunku). Po zapoznaniu się z fabułą i bohaterami, historia staje się o wiele ciekawsza i przystępniejsza, choć w dalszym stopniu nietypowa.

Wyznawcy nazywali go Mahasamatmanem i powtarzali, że jest bogiem. On sam wolał jednak pomijać "Maha-" i "-Atman" i nazywał siebie Samem. Nigdy nie twierdził, że jest bogiem. Nigdy też, oczywiście, nie twierdził, że bogiem nie jest...

       Pomimo tego, że jej treść niezbyt mnie wciągnęła, na pewno będę wspominać historię z pewną nutą nostalgii. To książka na swój sposób magiczna i niewątpliwie pełna uroku, głównie przez to, iż Zelazny połączył fantasy oraz fantastykę naukową, a także motywy postapokaliptyczne. Po dodaniu akcentów religijnych, powstała historia jakby z zupełnie innego świata. Nie wiem, czy sięgnę jeszcze kiedyś po inne książki autora, jednak cieszę się, że Pana światła poznałam. W końcu na nowe czytelnicze doznania nigdy nie jest za późno!
Muszę też wspomnieć, że zakochałam się w tym przepięknym wydaniu. Zysk i S-ka znów zaserwowało czytelnikom dawkę naprawdę jakościowej klasyki! Twarda okładka, zaokrąglone kanty stron powodują, że książka prezentuje się na półce bardzo ładnie. Nie mogę się także napatrzeć na grafikę z okładki! (Michael Michera robi kawał świetnej roboty). 

    Pan światła okazał się dla mnie niewielkim rozczarowaniem, choć zarazem jakichś większych wymagać co do niego nie miałam. Historia zdawała się być odrobinę zbyt wymyślna i pełna nawiązań do rzeczy, z którymi nie miałam wcześniej do czynienia. Podziwiam jednak autora za ambitny pomysł i nietuzinkowe wykonanie. Jest o książka zmuszająca do myślenia, choć bardzo oszczędna w słowach. Dla każdego fana klasycznego science-fiction jest to tytuł obowiązkowy.


Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Roger Zelazny
Tłumaczenie: Piotr W. Cholewa
Ilość stron: 336
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 24.03.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

O polityce z przymrużeniem oka, czyli ,,Recydywista"

O polityce z przymrużeniem oka, czyli ,,Recydywista"


       Moje zainteresowanie twórczością Kurta Vonneguta ani na chwilę nie słabnie. Jestem ciekawa jego książek i chętnie sięgam po każdą kolejną pozycję. Jak na ten moment jeszcze ani razu się na nim poważnie nie zawiodłam i mam nadzieję, że ta dobra passa potrwa jak najdłużej. Co prawda z początku obawiałam się, że Recydywista dobije mnie swoją niezbyt zrozumiałą tematyką (bowiem o polityce Stanów Zjednoczonych i aferze Watergate wiem tyle, co nic), jednak ostatecznie okazało się, że nie było się czego bać. Kurt Vonnegut ponownie pokazał, że jego nietypowy i pełny ironii styl hipnotyzuje oraz niejednokrotnie daje do myślenia. Choć historia co prawda skupia się na pewnym motywie z historii Ameryki, całokształt okazuje się być  dość uniwersalny. Czym więc autor Rzeźni numer pięć zaskoczył czytelnika tym razem?

        Głównym bohaterem książki jest Walter F. Starbuck, ambitny, pewny siebie, jednak odrobinę za bardzo dający sobą manipulować biurokrata polskiego pochodzenia. Ukończył on Harvard i zaczął pracę w administracji w Białym Domu za czasów Nixona. Za udział w aferze Watergate trafia do więzienia i postanawia po wyjściu z niego opowiedzieć historię całego swojego (mniej lub bardziej) udanego życia. I w sumie to głównie na tym skupia się fabuła książki - na postaci Starbucka oraz osobach go w tamtych chwilach otaczających. 
    Prolog do mnie nie przemówił. Sama nie wiem dlaczego, jednak męczyłam się z nim niemiłosiernie i już zaczęłam się bać, że nie uda mi się przebrnąć przez całość. Realia amerykańskiej polityki nie są dla mnie codziennością, przez co ciężko było mi przywyknąć do niezbyt łatwego w odbiorze klimatu. Na szczęście pierwszy rozdział już od razu okazał się być jakby wyrwany z zupełnie innej książki, dlatego resztę Recydywisty czyta się niezwykle płynnie i dobrze. Pomimo moich trudności z odczytaniem większości szczegółowych nawiązań, książka jest pełna wydarzeń, które zaintrygują nawet największego laika. Jest ona dość prosta w obiorze, choć kryje w sobie o wiele głębsze przesłanie i przemyślenia. To poważna historia poruszająca tematy kapitalizmu, wiary, warstw społecznych oraz biurokracji. A wszystko w krzywym zwierciadle i z nutą ironii.

Jakież to tkliwe wspomnienia łączyłem z Sarą? Długie rozmowy o ludzkim cierpieniu i o tym, jak mu ulżyć - a potem, dla odprężenia, szczeniackie wygłupy. Oboje gromadziliśmy dowcipy. Oboje gromadziliśmy dowcipy na chwilę odprężenia. Jak maniacy, godzinami gadaliśmy przez telefon. Rozmowy te były najprzyjemniejszymi ze znanych mi narkotyków. Wyzbyliśmy się powłok cielesnych - jak swobodnie szybujące dusze z planety Vicuna. Ilekroć zapadła długa cisza, któreś z nas przerywało ją dowcipem.

       Humor Vonneguta to dla mnie zdecydowany plus jego powieści. Jest on dziwaczny, absurdalny, momentami wręcz wulgarny, jednak zawsze trafiający w punkt. Tym razem skupiał się on głównie na polityce, jednak i tak niejednokrotnie podczas lektury uśmiechałam się pod nosem. Autor nie boi się poruszania nawet najcięższych i najbardziej kontrowersyjnych tematów, dlatego właśnie tak bardzo jego historie przypadają mi do gustu i za każdym intrygują. Swojej przygody z jego książkami nie mam zamiaru jeszcze kończyć, nawet jeśli teraz trafiłam na książkę niezbyt dla mnie zrozumiałą i z początku odpychającą swą tematyką. 

    Recydywisty nie uważam za książkę wybitną. Może gdybym interesowała się poruszanymi przez Vonneguta tematami, to spojrzałabym na całokształt zupełnie inaczej... Niestety na ten moment była to mnie wyłącznie historia o człowieku wmieszanym w ciężką i dość trudną biurokratyczno-polityczną rzeczywistość. Czytałam w swoim życiu o wiele lepsze książki Kurta Vonneguta. Nie jest ona jednak na tyle zła, bym nie mogła jej polecić. Dla każdego interesującego się polityką i historią Stanów Zjednoczonych czytelnika będzie to lektura na pewno bardzo wartościowa i zrozumiała. Dla każdego innego może okazać się nieco przytłaczająca, jednak mimo wszystko niezwykle wciągająca i w swych rozważaniach aktualna.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Autor: Kurt Vonnegut
Tłumaczenie: Jolanta Kozak
Ilość stron: 376
Cena okładkowa: 45 zł
Premiera (tego wydania): 04.02.2020


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Zysk i S-ka

Podróż do niezwykłej krainy, czyli ,,Szlak pomiędzy światami"

Podróż do niezwykłej krainy, czyli ,,Szlak pomiędzy światami"


   Od czasu do czasu lubię sięgnąć po książki mniej znanych autorów, by przekonać się, czy ich niewielka sława faktycznie jest zasłużona. Za każdym razem jestem ciekawa tego, co mnie czeka, gdyż czasem zdarza się, że trafiam na naprawdę intrygujące i dobrze napisane historie. Niestety  od czasu do czasu miewam też do czynienia z książkami, które czyta się szybko i równie szybko się o nich zapomina. Jak było tym razem? Choć na pierwszy rzut oka Szlak pomiędzy światami zwiastuje interesującą opowieść fantasy, dołączy ona u mnie do drugiej kategorii. Potencjał niewątpliwie był, jednak to nie wystarczyło, by uratować moją opinię. Krótko mówiąc, przeżyłam spory zawód.

      Historia opowiada o Krainie Wyobraźni zwanej Fantamagorium, w której spotyka się kilka postaci z przeróżnych i okradzionych z potężnych artefaktów krain. Bohaterowie tworzą drużynę i wyruszają w podróż, której celem jest odzyskanie utraconych przedmiotów. Nie jest to jednak zadanie proste, gdyż w Fantamagorium może wydarzyć się wszystko, co tylko da się wyobrazić, a każda inna magia przestaje być użyteczna i możliwa do zastosowania. Jakie jeszcze przeszkody pojawią się na drodze Strażników? Czy poradzą sobie oni z nowymi i niebezpiecznymi i wrogami? Jak ta wyprawa się zakończy? To trzeba sprawdzić już samemu. Książce nie brakuje akcji, jednak całokształt jednocześnie nie należy do najdłuższych, dlatego łatwo jest wiele rzeczy zaspojlerować. Nie ukrywam też, że fabuła nie zainteresowała mnie na tyle, by się w nią jakoś szczególnie wciągać. Wielu sytuacji i bohaterów już najzwyczajniej w świecie nie pamiętam... Być może jest to odrobinę nieprofesjonalne, no ale jednak niczego już na to nie poradzę.
   Bohaterowie sami w sobie też nie byli szczególnie interesujący. A w dodatku z tego, czego się po lekturze dowiedziałam, kilku z nich pojawiało się już we wcześniejszej, debiutanckiej książce autorki. Może moja ocena byłaby inna, gdybym poznała wcześniejsze losy niektórych postaci? Zwłaszcza, że w ekipie najważniejszych bohaterów jest Eresteja z książki Eresteja, a także jej następczyni i kochanka, Syl. Choć Karolina Bartel przedstawia czytelnikowi wielu różnych Strażników, ostatecznie w ciągu niecałych dwustu stron nie udało jej się nakreślić ich na tyle dobrze, by któregoś z nich dało się lepiej poznać. Wyszedł jeden wielki miszmasz, który ostatecznie nie pozostał w mojej głowie na dłużej, niż jeden, góra dwa dni. 

Zasady Fantamagorium:
1. To, co sobie wyobrazisz, stanie się rzeczywistością.
2. To, co zabijesz, powieli się kilkakrotnie.
3. Magia traci tutaj moc.
4. Iluzje są krótkotrwałe.
5. Jest tylko jedno wejście i wyjście.

   Podobały mi się za to pojawiające się co jakiś czas pieśni i opowieści, starające się choć trochę wpłynąć na dość bezbarwny klimat historii. Nie da się jednak ukryć faktu, iż Szlak pomiędzy światami nie jest górnolotnym fantasy, mającym na celu zrewolucjonizowanie całego gatunku. Jest jednak przyjemną i napisaną prostym językiem historią dla ludzi, którzy nie mają co do fantastyki wygórowanych oczekiwań. Mogę śmiało stwierdzić, że jest skierowana do młodszego, dopiero zaczynającego swoją poważniejszą przygodę z fantasy czytelnika. Styl autorki nie należy do skomplikowanych, dlatego książkę można przeczytać w dosłownie kilka godzin.
Zdecydowanym plusem było dla mnie zakończenie, którego się nie spodziewałam. Szkoda tylko, że historia zaczęła się robić naprawdę ciekawa dopiero w epilogu...

      Jak łatwo zauważyć, mój ostateczny werdykt niestety nie należy do pozytywnych. Szlak pomiędzy światami mnie do siebie nie przekonał i wyłącznie się przy nim wynudziłam. Spodziewałam się interesującej, niezbyt długiej książki fantasy, w której poznam ciekawych i zapadających w pamięć bohaterów, a dostałam nijaką i nieskomplikowaną historię, o której łatwo zapomnieć. Mimo wszystko, ja jej wam nie odradzam. Na pewno znajdzie się wiele osób, które docenią tę książkę i będą bawić się przy niej o wiele lepiej ode mnie.

Wydawnictwo: NowoCzesne
Autor: Karolina Bartel (Avath)
Ilość stron: 202
Cena okładkowa: 24,99 zł
Premiera: 17.12.2019


Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu NowoCzesnemu

Copyright © 2014 Popkulturka osobista , Blogger